Mój partner aktualnie, jest w Monarze, zeby nie robic "reklamy" przemilczę w ktorym... Osobiście, choć ośrodek uważam ze wspaniały... Coś jest jakby nie halo... Tzn... Ja nie przywykłam do tego, że nie mogę czegoś pojąć, albo, że choć nie zdaje sobie sprawy, że brak mi możliwości intelektualnych... a mam już trochę lat za sobą i sporo doświadczeń.
Tak więc, mój partner, formalnie, w tej chwili jeszcze nie mąż, leczy się teraz w monarze. Od stycznie do dzis. Mija pól pół roku, ciut więcej nawet. Choć małżeństwem nie jesteśmy, ciałem i duchem jesteśmy sobie bardzo bliscy... chciałam napisać jak ryba i woda :) ale to lekka przesada, bo znajdujemy się teraz daleko i oboje jakoś z tym żyjemy. Na początku było bardzo trudno... zwłaszcza jemu. Z informacji, które z kaźdej strony napływały do mnie później, a również zdawkowo wcześniej, bo starałam się rozmawiać z jego terapeutką (dobrze napisane- "starałam się") wiem, że przez pierwszy miesiąc w czasie wolnym tylko płakał. Nie patrzcie przez pryzmat tego na niego jak na dziecko, nie oceniajcie, że "jak baba" Jest po prostu bardzo wraźliwy, troskliwy i opiekuńczy, a ja nie zostałam tutaj w latwej sytuacji życiowej... Ale oboje chcieliśmy, żeby tam trafił, w pewnym sensie, to wręcz ja postawiłam mu warunek... w pewnym sensie, bo i tak nie potrafilabym od niego odejsc... ktoregoś dnia, Bóg jakoś tak w sercu po prostu bezgłosnie zapytał "czy slubujesz temu mężczyźnie miłosć i wierność, dopóki śmierć Was nie rozłączy?" A ja... nie zdążylam mrugnąć, nim trzy razy powiedzialam TAK
Bardzo się cieszę, że tam jest... jednak czasem, wrecz niewyobrażalnie mi tu trudno... nie chcę mówić o swoich osobistych problemach, ale żeby przybliżyć to w jakiś sposób przedstawię radę swojego terapeuty "Ty tam nie moźesz mieszkać. Ty się musisz stamtąd wyprowadzić"... Powiedzieć łatwo, gorzej zrobić...
Zanim Mój kochany trafił na odwyk, mieszkałam i żylam w takich warunkach, około póltora roku. Lekko z nim jednak było i pomimo, że nigdy ani marną częsć z tego czasu nie trwałam pod jednym dachem z kimś z kim tyle problemu, by żyć... bylam na prawdę szczęśliwa... A co teraz? Teraz zabronili nam kontaktu. Ok, rozumiem. Za dużo mu pisałam o własnym życiu, licząc na wsparcie i odciągałam go od terapii... Ale co dalej? Dzwonie, piszę: maile, listy, smsy do osrodka... bo chcę wiedzieć co z nim i dlaczego... i od miesiąca głucho. Rozumiecie to? Glucho! Mam na myśli- zaden terapeuta, kierownik, nikt, nie chce ze mną pół słowa zamienić! Zachowują się jakbym w ogóle nie istniała. ignorują. Zaraz po tym jak nam zabronili kontaktu, raz tylko z jego terapeutką rozmawialam. To była środa. Bardzo na mnie krzyczała a jedyne co miała na poparcie słuszności krzyku- że mogłam z nią w sobotę rozmawiać. Akurat nie mogłam. Ona mnie na rozmowę nie zaprosiłą, a ja o tym nie pomyslałam, bo i nie miałam osobiście o czym. Potem... jakbym zniknęła dla nich tam z powierzchni swiata. Nikt mi nawet nie raczy wytlumaczyć dlaczego. Wiem, że Piotrek wciąż o mnie myśli. Ostatnio po odwiedzinach jego brat przywiózł mi medal, który wygrał w biegach. Mama przekazała po rozmowie przez telefon tytuł piosenki, którą chciał mi cos wyrazic. Coś? Miłość po prostu. A ja? Po rozmowie z Panią terapeutką... przez bity miesiąc łzy, łzy i tylko łzy, albo złość i agresja, prawie nie spię, prawie nie jem... i o niczym innym nie potrafię myśleć jak o tym: "czemu sie mnie traktuje, jakbym nawet nie miała prawa ich rozumiec?" Pisałam do kierownika, proponowałam, że zrobię testy na to czy ja biorę, badania czy jestem zdrowa, co zechce, bo Piotrek mi powiedział, że niektórzy myślą, że ćpam. Odkąd pamiętam niektórzy tak o mnie myślą. Jestem bardzo źywiołowa i energiczna, ale to jeszcze nie grzech, jeszcze nie choroba.
Wiem, tzn spodziewam sie...ze trudno będzie coś na to napisać... ale proszę właśnie Ciebie, sprobuj. Sprobuj mi cos wytłumaczyć. Bo ja głową muru nie przebiję, ale tłuc nią będę dalej. Niszczy mnie to. Nie mogę nie wiedzieć o co chodzi.
Posted: 20.07.2011, 23:11
oceń:
moderator
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
14.03.12
postów:
834
W niektórych ośrodkach są jeszcze twarde zasady, które mają na celu "dobro pacjenta" inne są bardziej "liberalne". Jeśli najpierw miałaś z nim kontakt, może podziało się coś co źle wpływało na jego leczenie, tak jak sama mówisz może za dużo pisałaś, może go to wybijało, może zrobił coś za co dostał dociążenie w takiej właśnie postaci. Nie wiem tego. Dziwne, ze przestali z Tobą rozmawiać, możesz próbować jednak dodzwonić się tam i jeszcze raz zapytać - odkładają słuchawkę jak dzwonisz? A jeśli Tobie nic nie powiedzą, może jego brat i mama skoro mogą go odwiedzać to może oni są w stanie dowiedzieć się więcej jeśli sama wiedza o tym DLACZEGO TAK JEST będzie dla ciebie wystarczająca. A swoją drogą czy musisz wiedzieć dlaczego? Zadaję to pytanie bo sama tak mam, że zawsze chcę wiedzieć, rozumieć, znać przyczynę, skutek ale powoli uczę się, że wcale nie muszę wszystkiego wiedzieć i wszystkiego logicznie wyjaśnić, ale tego dopiero uczę się i zdałam sobie z tego sprawę dzięki terapii pogłębionej własnej. Może faktycznie tak jest lepiej dla jego leczenia i to jest chyba wystarczający powód. Przypuszczam, że jemu się tam krzywda nie dzieje, jakby się działa - zawsze może wyjechać, zmienić ośrodek, zrobić cokolwiek, więc on zaakceptował te ich ustalenia o braku kontaktu z Tobą, myślę, że jeśli będzie taka opcja to on będzie prosił społeczność o możliwość kontaktu. Wiem, że to trudne, ale może spróbuj ten stan mam nadzieję tymczasowy zaakceptować i dać jak to się mówi czas czasowi. On też musi sobie tam radzić z brakiem kontaktu z tobą, tyle, że ma tam ludzi i wsparcie. Nie wiem czy ty jesteś w terapii własnej, ale jeśli nie to może znajdź sobie terapeutę, z którym mogłabyś porozmawiać na bieżąco o swoich emocjach i problemach i który pomógłby ci przez to przejść. Ewentualnie jakaś grupa wsparcia dla rodzin osób uzależnionych, gdzie będziesz mogła się podzielić swoimi doświadczeniami, wątpliwościami i posłuchać innych. Cierpliwości życzę.
człowiek musi znacznie mniej, niż wydaje mu się, że musi
i może znacznie więcej, niż wydaje mu się, że może...
Posted: 24.07.2011, 03:41
oceń:
domownik
zarejestrowany:
lipiec 2011
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
28.09.11
postów:
31
Na początek, dzięki za początek, znaczy, że umieściłaś treśc tą na forum.
Terapeuta? Dla mnie? Jak najbardziej, nawet psycholog i wręcz psychiatra. Mówię całkiem serio. Jakiś czas temu, parę lat, wyszłam z podobnego stanu, dzięki antydepresantom. Niestety, nie jestem ubezpieczona. Nie zdążyłam na czas do UP, pracę znaleźć mi, zwłaszcza teraz, wyjątkowo ciężko, uczennicą, ani studentką też nie jestem. Ale... Byłam w MOPS-ie. Jeszcze zanim to napisałam. Nie wiedziałam czego i po co tam szukam, ale ten problem mnie tak strasznie trawi, że za wszelką cenę szukam wsparcia wszędzie gdzie da się. Wiesz... kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej, oprócz tego, że doradził mi jak zdobyć ubezpieczenie NFZ (ale trochę to się rozciąga w czasie) udzielił mi ogromnego wsparcia merytorycznego. Innego nie mógł gdyż nie jest stroną w sprawie. Też radził mi tam dzwonić i starać się umówić na rozmowę, uważał, że nie powinno tak być i mówił, że on mnie doskonale rozumie, (a ich nie, choć "dużo wiem o uzależnieniu, ale akurat o alkoholowym, a te sprawy się trochę róznią od siebie")
Czy oni odkładają słuchawkę? Nie, nie odkładają. Ale mnie po prostu strach zźera i nie potrafię tam zadzwonić. Ta Piotrka terapeutka taką krzywdę mi wyrządziła swoimi słowami, a raczej nie tylko słowami, co całym swoim stosunkiem do mnie, w trakcie "rozmowy" i po, że ja do tej pory się nie umiem pozbierać. Może nie miałabym dzis żadnego większego problemu, gdybym nie próbowała wtedy z nią gadać. Dzień wcześnniej dzwoniła do mnie Piotra Mama zmartwiona i przestraszona, bo zadzwonił do niej Syn i przekazał, że po mojej wizycie ma problem, bo złamaliśmy granicę erotyzmu, że nie może się ze mną kontaktować, pisać, dzwonić nic, a we wtorek się dowie, co dalej i czy w ogole może tam zostać. Bała się, bo podejrzewała, że jeśli pozwolą mu zostać to dostanie warunek, że ma ze mną nie rozmawiać, bała się że on się na to nie zgodzi i sam w takiej sytuacji zrezygnuje z leczenia. A jej na to, pełna uśmiechu i dobrej wiary (bo nota bene, właśnie pisałam do Piotra list, że zamierzam teraz nam relację trochę przyciąć, bo uważam, że źle na niego wpływają), że ma się nie martwić, bo nie ma o co, że napewno zrobią tak, żeby było dobrze. Piotrkowi zależy na terapii, im tak samo na nim zależy. Więc jeśli go wyrzucą, tzn że tak lepiej, bo oni tam wiedzą co robić, w końcu to specjaliści, jesli go wyrzycą tzn że po prostu nie jest gotów, jeśli nie, to wszystko bedzie ok. Gdyby sam zrezygnował, to też dowód, że wciaż jest zbyt słaby, więc nie ma się o co martwić. Jakkkolwiek- będzie najlepiej jak może być. Jednak potem zaczęłąm się martwić. Zadzwoniłam do Magdy-terapeutki, żeby się dowiedzieć czegoś. Choć Mama "zastraszała", że mam nie dzwonić, nie pisać, ani do Piotra, ani do ośrodka, ani do Magdy (w ogole to najlepiej co? Olać całkiem jej Syna, o którego to się równocześnie martwi, że na samą myśl o tym, że mogą nas czasowo rozdzielić, powie- dzięki pa, rezygnuję). Uznałam, że skoro proces w jakiś sposób mnie dotyczy, bo w końcu miałam swój udział w złamaniu granicy erotyzmu, to jakkolwiek mi się relację z Pania terapeutką nie układają, powinna mi cokolwiek powiedzieć... a tu, niespodzianka, jak wyżej.
Potem drugi telefon- nie rozmawiałam z terapeutą źadnym tylko z klientem, który odebrał. Wiedziałąm kto to, poznałam jakiś czas temu jego siostrę mieszka w tym samym mieście co ja. Poprosiłam go tylko, by przekazał do wewnątrz (miałam na myśli kadrę), że tak nie może być, że ktoś musi zacząc ze mną rozmawiać, że to jest dla mnie ważne i męczy mnie to, ktoś musi zacząć ze mną rozmawiąć. Nie powiedziałam wiele więcej, bo nie mógł rozmawiąc, powiedział, xe go za to rozliczą to w jednej chwili się rozłączyłąm... a potem... zadzwonila do mnie Piotra Mama rządając wyjaśnień, nawiazując do tamtego telefonu i będąc zła, czy zawiedziona, czy zażenowana, czy co tam... Bo Piotrek ma w ośrodku teraz akcje o to, że ma ze mną kontakt! Wiesz, nie wiesz, przecież bo skąd. Tak na codzień to mam też nerwicę. Raz mniej, a raz bardziej wyrąźną, bo też zajmuję się trochę sztuką w ramach hobby i działa to na mnie jak terapia... Ale w tamtej chwili, to mi "piana naszła do pyska". Po prostu się wściekłam. Bo jakim prawem odbija się na Piotrku? Co się odbija na Piotrku? Dlaczego się na nim odbija? Jakkolwiek słusznie, czy nie, ja sobie blyskawicznie umiałam odpowiedzieć na te wszystkie pytania i chciałam ich tam wszystkich porozsadzać przez moment... Przez moment. Potem już tylko szanowną Panią Terap.
Moje listy do kierownika moje listy do kierownika zaowocowały tym, że do mnie zadzwonil. Bardzo bylam niezadowolona z tej rozmowy. Czuję, że kierownik też. Zrobil na mnie świetne wrażenie, ale czułam jakby, osobiście był do mnie nastawiony, na nie. Ale... ale następnego dnia, dowiedziałam się od Mamy, źe Wielka Pani już tam nie pracuje. Człowiek z klasą się zachował bez względu na to, co i jak o mnie myśli. Tak to tłumaczę.
Jednak boli mnie to, że nie widzi powodu, by rozmawiać ze mną i cokolwiek mi mówić o Piotra terapii, o stosunku do mnie czyimkolwiek, prawo zabrania, albo kompetencje, że to tak nazwę, nie pozwalają, sam też nie ma ochoty mi informacji udzielać, A Piotrek? przyjął "wyrok" dzielnie "na klatę". Jak dowiedziałam się w rozmowie nie przejawia chęci się ze mną kontaktować, to jego decyzja, to nie jest więzienie, sam uznał, że mu przeszkadzam w terapii... itp
Dobrze... Dodam jednak, że moje przeszkadzanie w terapii, sprowadza się do tego, że nikt jak dotąd, a przynajmniej nie dotarło to nigdy do moich informacji, nie probuje podważac faktu, że On tam jest przede wszystkim dzięki mnie, przez wzgląd na to co nas łączy, na nasz związek, na to, że ja tak, a nie inaczej reagowałam na jego ćpanie.
Powiem tak, dwa lata temu, gdy go poznałam terapeuci nie chcieli na niego patrzeć. Odprawiano go z kaźdego ośrodka zalecając odwyk zamknięty i powrót, gdy skończy terapie... To ja w niego uwierzyłam, to ja przekonałam swojego terapeutę (u którego Piotr był wcześniej i który też go odprawił) by go poprowadzil, by w niego wierzył, że napewno da radę, że ja zaręczam tylko uwierz w niego!- nalegałam. Na poparcie miałam to, źe we mnie też nikt nie wierzył. Nikt na źadne grupy wsparcia nie kierował, meetingów AN nie proponował, tylko zamknięty, zmknięty, zamknięty, aż do znudzenia (nawet terapeutę uzależnień poznałam przypadkiem na schodach, będąc juz od lat trzeźwa, niemal w tym samym czasie co Piotra!) wyszłam jednak z uzależnienia, bez tego wszystkiego, bo mogłam liczyć na wsparcie ośrodka pod wzgłedem psychicznym, z powodu choroby. To ośrodek dwubiegunowy, ten tu, w Gliwicach. Nikt mi nie pomagał w walce z uzależnieniem oprócz przyjaciól. Tata radę dostał i się do niej zastosował, że ma mi pozwolić upaść na samo dno, żebym wróciła na odwyk (próbowałam startować, ale zrezygnowałam po dwóch tygodniach pobytu- moja głupota), bo tylko wtedy będzie szansa, że wyjdę na ludzi. Nie upadłam, nie wróciłąm na odwyk, latami jestem trzeźwa, uważam też, że jestem wartościowym człowiekiem... a poznawszy Piotra... dwa lata temu... choć do mojego terapeuty przychodził rzadko i jakby niechętnie, na grupy nie chodził wcale... Przez póltora roku byl trzeźwy. Nie ciurkiem. Podwijała mu się czasem jedna noga, lub druga... Może z miesiąc w tym czasie łącznie był naćpany. Nie więcej. Wiem, ze nie, bo choćby Mama by mi powiedziała napewno natychmiast gdybym sama nie mogła zauważyc, bo było tak nie jednokrotnie, ze to ona mi pisała o tym. A po tym póltora roku jest w końcu na tym leczeniu zamknie?ym, przed którym długie lata się zapierał "rękami i nogami". Długie lata, bo ćpał od podstawówki. To juź ponad dycha odkad skończył podstawówkę.
Nie mogę tego znieść. Przeszkadzam mu w terapii, ok, nie przeczę, może na tym etapie przeszkadzam. Wyszłam nawet od tego, że w to wierzę, no trudno świetnie, tylko dlaczego to co nas łączy nie może być w źaden sposób inwestowane w naszą przyszłość, tylko musi działać przeciwko mnie, przeciwko nam tym samym?
"to jest jakieś dziwne, dziwne, to są jakieś głupty". Czy muszę wszystko rozumieć pytasz? Raczej tak, choć nie wiem, czy naparwdę wszystko, czy naprwdę zawsze... Wiem tylko, że nie umiem się w coś angażować na "pół gwizdka". Albo mnie cos pochłania, albo mam to gdzieś. Nie mam żadnego złotego środka. Jestem zapalczywa, latwopalna i lubię się spalać. Zwłaszcza w imię kogoś więcej (kogoś innego?) niź ja. Ale w samo tylko swoje imię, nie potrafię. Nie zdążyłam się jeszcze nauczyć. A wiesz... uwaźam, ze po tym jak już pól roku nie ma obok Piotra dawno juź powinnam umieć i źe stać mnie na to, bylo, by w tym czasie sie nauczyć. Tylko sytuacja w domu, sytuacja w rodzinie, co raz mniej informacji od Piotrka, zwłaszcza na temat, jego terapii, bo moimi problemami się za bardzo przejmował... pogrążyło mnie to. Zbyt często czułam się niepotrzebna, albo i gorzej... a teraz? bez zadnego albo- zdecydowanie gorzej.
to, że mam zły wpływ to jedno, co usłyszałam, a druga rzecz- że nim manipuluję. Nigdy w życiu nie zostałam bardziej obrażona. Nie mówię, że nikt mi gorszych i nie mniej nieprawdziwych rzeczy nie wymyślił, ale zwykle człowiek sam o sobie świadectwo wystawia, a nie o tym, o kim mówi. Ja to wiem, więc ciężko sprawić, bym się obrażona poczuła. A jednak... choć w pierwszej chwili uspokoiły mnie te newsy, no bo w końcu to odpowiedż na pytanie, co sen z oczu spędza już od tylu tygodni...w drugiej wyśmiałam to serdecznie...a w trzeciej ostatniej, złapałam doła. Tego nie powiedział byle kto, nie powiedzial z byle powodu...
wrrrr
napisany przez: KARO, 26-07-2011 - 19:10
"...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
Posted: 25.07.2011, 16:20
oceń:
domownik
zarejestrowany:
maj 2009
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
01.04.12
postów:
31
Shandra we wszystkich postach o ile dobrze wnioskuje piszesz o tym samym, co na dobra sprawe sprowadza sie do tego co napisalam pod innymi twoimi postami, i szczerze Napisze wprost - PRZESTAN ROZCZULAC sie nad tym co po co i dlaczego u Twojego Piotra, jak to bylo kiedys-zreszta w toksycznym czasie- tylko weź wstan od komputera i pomaszeruj sama prosto do Poradni. POWODZENIA
A i jeszcze jedno zeby isc do poradni na wizyte lub kontynuwanie terapi nie trzeba miec koniecznie ksiazeczki RUM, czy ubezpieczenia.
napisany przez: KARO, 26-07-2011 - 19:10
"alkoholik- okradnie, okłamie- ale powie, że "nic nie wie, nic nie widział", narkoman -okradnie, okłamie- przytuli i pomoże szukać.."
Posted: 25.07.2011, 16:39
oceń:
domownik
zarejestrowany:
lipiec 2011
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
28.09.11
postów:
31
O! To świetna informacja! Wielkie dzięki!
Buźka serdeczna Moja Miła :*
Gorzej tylko będzie jeśli mi tam nie pomogą.Bo jeżeli nie znajdę sobie sama czegoś, co jest w stanie pochłonąć mnie bardziej niż terapia Piotra i mój (na ten moment) z nim związek- jak np praca w podobnym ośrodku... To czarne myśli podsuwają, że spotkania raz na czas z terapeutą pomogą bardzo nieznacznie i potrzebować będę specjalnej terapii, a na taką to już trzeba mieć ubezpieczenie. Wiem, bo odprawili mnie z jednego ośrodka, właśnie tymi słowami.
Czarne myśli, jakkolwiek dopuszczam, to nie jest tak, że planuję im się poddawać.
"...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
Posted: 25.07.2011, 17:04
oceń:
domownik
zarejestrowany:
maj 2009
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
01.04.12
postów:
31
Co do specjalnej terapii, tam tez przyjmuja bez NFZ-ubezpieczenia- napewno w Monarowskich, albo powiedz ze jestes zdesperowana podjac terapie to napewno gdzies cie wcisna, kazdy osrodek, poradnia ma limit miejsc "nieubezpieczonych"- wszedzie pracuja ludzie
"alkoholik- okradnie, okłamie- ale powie, że "nic nie wie, nic nie widział", narkoman -okradnie, okłamie- przytuli i pomoże szukać.."
Posted: 25.07.2011, 17:38
oceń:
domownik
zarejestrowany:
lipiec 2011
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
28.09.11
postów:
31
Tylko moja droga, ja nie mam problemu z narkotykami... Więc radzisz szukać wsparcia w MONARZE?
Wyobraź sobie, śmiało, że szukam, bo jest tak i stąd te moje posty.
Trochę się tu nawyrabiało i osobiście pragnę wszystkich przeprosić za powyźsze- nie wiem sama co to. Nagmatwało się trochę, bo choć, w tym wątku inne podejmowane przez mnie tematy, w pewien sposób odnajdują punkt wspólny, nie jest tak, że są o tym samym, a nagle za sprawą dyskusji z drugą użytkowniczką wszystkie się pomieszały. Pisząc odpowiadałam na ostatnie z dołu nie myśląc, co napisane wyźej.
Szkoda wielka, bo wygląda na to, że teraz nikt już się w tym nie odnajdzie.
napisany przez: KARO, 26-07-2011 - 19:11
"...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
Posted: 25.07.2011, 23:19
oceń:
domownik
zarejestrowany:
maj 2009
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
01.04.12
postów:
31
Tylko moja droga, ja nie mam problemu z narkotykami... Więc radzisz szukać wsparcia w MONARZE?
ehhh.. tak, tez i nietylko- post ktory zacytowalam, niestety "moim" zdaniem ma sie do tego jak malo o Monarze jeszcze wiesz, wpouzaleznieniach itp. ale to nie jest nic zlego, wrecz przeciwnie zawsze mozna odkryc cos nowego tylko trzeba chciec. a pozniej jak w innych postach.
Punkt Konsultacyjny Monar W Gliwicach, ul.Franciszkańska 19, tel.(32) 231-19-56
Godziny otwarcia:
pn: 14:00-17:00
śr: 13:00-16:00
pt: 14:00-17:00
Pozdrawiam to tyle ode mnie i zycze jeszcze raz powodzenia
"alkoholik- okradnie, okłamie- ale powie, że "nic nie wie, nic nie widział", narkoman -okradnie, okłamie- przytuli i pomoże szukać.."
Posted: 26.07.2011, 12:16
oceń:
domownik
zarejestrowany:
lipiec 2011
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
28.09.11
postów:
31
Lojoj,
zamieszanie, tu robisz straszne, dookola tego co to "ja nie wiem", tylko, że do mojej niewiedzy mieszasz to, na czego temat się nie wypowiadałam, więc i zakres mojej wiedzy, w tym temacie leży dla Ciebie w punkcie o którym nic nie możesz wiedzieć.
Co do współuzależnienia Koleżanko- czego Ciebie nauczyli na terapiach dla współuzależnionych? Byłaś na takiej? Wbrew Twoim pochopnym wypowiedziom ja byłam, więc wiem znacznie więcej niż oceniasz, że wiem. To raz. ("nie oceniaj")
Dwa, gwoli jasności- ja tu nie szukam wsparcia, w sensie rady. Tylko wsparcia w sensie zrozumienia. Nawet nie tyle zrozumienia, bo to mogłoby się kojarzyć z tym, że ja się czuję nie zrozumiana (przez Ciebie owszem), tylko raczej wyjaśnienia dla całej sytuacji.
W swoim spojrzeniu na sprawę i co za tym idzie "w słuszności" mojego samopoczucia, (podkreślę jeszcze raz, bo może Ci umknęlo w obfitej treści mych pierwszych postów), mam poparcie nie tylko rodziny i przyjaciół, ale też Opieki Społecznej, Stowarzyszenia Cała Naprzód, które również, w pewien sposób zajmuje się ochroną zdrowia (nie wiem czy o tym akurat wspominałam, aczkolwiek przy okazji: http://www.CALANAPRZOD.ORG polecam fajne wydarzenia sa organizowane przez ta dzialalność), a zgodnie z Twoja radą, planuję sie też pomimo braku ubezpieczenia udać, do poradni i do terapeuty, który skierował Piotra na to leczenie i zna mnie i jego od dłuższego już czasu.
On mi podejrzewam wiele może wyjaśnić, albo o wyjaśnienia wystąpić, jeśli coś by nie tak... jak to się mówi
To by było na tyle...
Ale w ramach marginesu dodam... Mam takiego kolegę, ktory mówił tak jak Ty... że to jego leczenie, że nie potrzebnie sie mieszam, ze oni wiedzą co robią, że przesadzam i powinnam dać sobie z tym spokój- reagował tak cokolwiek nie mówilam na owy temat.... A ja... no to mnie nie wspierało, rozumiesz, chodzi o to, ze ja tak właśnie myślałam, chciałam tak myśleć, ale serducho mi mówiło co innego. I co? i napisałąm w końcu list do kierownika. Napisałam mu, co mówi serducho. Aczkolwiek nie wgłebiając się w to tak jak tu, na forum, gdyż nie chciałam z siebie robić ofiary. Napisałam z czym się wiąże moje samopoczucie, ale nie- dlaczego. Stawiałam to pod znakiem zapytania, szukając winy w sobie. Widzisz, jak napisałam w postcie- wydawało mi się, że kierownik nie stanąl po mojej stronie, choć też winy mi żadnej nie naświetlił, nie nasunął pod myśl nawet... No ależ okazało się później, że jednak stanął po mojej stronie, bo Piotra terapeutka starciła pozycję zawodową następnego dnia.
"...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
Posted: 26.07.2011, 22:42
oceń:
moderator
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
14.03.12
postów:
834
Chaos straszny. Dla mnie na tyle duży, że nie chciało mi się analizować wszystkich wpisów tu i w temacie, który zszedł na "ubezpieczenie" czy wolontariat, jednak przebrnęłam przez to jakoś, chociaż chaos mi również się udzielił.
Jeśli nie chcesz wsparcia, rady itd.. to nie wiem czego oczekujesz? Że ktoś z tego forum wjedzie do ośrodka, w którym jest Twój facet i wyjaśni całą sprawę z brakiem kontaktu? To chyba tu tego nie załatwisz.
[quote=shandra] To ośrodek dwubiegunowy, ten tu, w Gliwicach. Nikt mi nie pomagał w walce z uzależnieniem oprócz przyjaciól. [/quote]
[quote=shandra] Tylko moja droga, ja nie mam problemu z narkotykami... Więc radzisz szukać wsparcia w MONARZE? [/quote]
Nie masz problemu w sensie nie jesteś teraz czynnie uzależniona, jak rozumiem. Co nie znaczy, że jako osoba jednak uzależniona i przy okazji bliska osoby uzależnionej nie możesz iść tam czy do innej poradni po wsparcie. Zazwyczaj zajmują się kompleksowo uzależnionymi jak i współuzależnionymi czy bliskimi uzależnionych, a jeśli nawet nie to mogą dać namiary na konkretną poradnię.
[quote=shandra] Przez póltora roku byl trzeźwy. Nie ciurkiem. Podwijała mu się czasem jedna noga, lub druga... Może z miesiąc w tym czasie łącznie był naćpany. Nie więcej. [/quote]
To takie tłumaczenie. Co z tego, że "mało ćpał", jeśli ćpał od czasu do czasu, a już samo to zaburza trzeźwe myślenie, a chyba wiesz, że trzeźwość to nie tylko nie wprowadzanie fizycznie środka do organizmu, ale też zmiany, które nie są możliwe przy ćpaniu raz na czas.
[quote=shandra] Nie mam żadnego złotego środka. Jestem zapalczywa, latwopalna i lubię się spalać. Zwłaszcza w imię kogoś więcej (kogoś innego?) niź ja. Ale w samo tylko swoje imię, nie potrafię. Nie zdążyłam się jeszcze nauczyć[/quote]
[quote=shandra] uważam też, że jestem wartościowym człowiekiem... [/quote]
Dla mnie to ważne i niepokojące. Dlaczego nie jesteś w stanie zaangażować się i zadbać o wartościowego człowieka - siebie. Czujesz się wartościowa głównie poprzez pomaganie innym i czucie się potrzebną? Dlaczego spychasz siebie na drugi plan?
Szukaj środka. Bądź ważna dla siebie. Masz czas żeby się tego nauczyć, może na terapii właśnie.
[quote=shandra] Zbyt często czułam się niepotrzebna, albo i gorzej... [/quote]
To też ważne i mnie niepokoi.
[quote=shandra] to, że mam zły wpływ to jedno, co usłyszałam, a druga rzecz- że nim manipuluję. Nigdy w życiu nie zostałam bardziej obrażona...
...choć w pierwszej chwili uspokoiły mnie te newsy, no bo w końcu to odpowiedż na pytanie, co sen z oczu spędza już od tylu tygodni...w drugiej wyśmiałam to serdecznie...a w trzeciej ostatniej, złapałam doła.
Tego nie powiedział byle kto, nie powiedzial z byle powodu... [/quote]
hmm... do zastanowienia
[quote=shandra] Gorzej tylko będzie jeśli mi tam nie pomogą. Bo jeżeli nie znajdę sobie sama czegoś, co jest w stanie pochłonąć mnie bardziej niż terapia Piotra i mój (na ten moment) z nim związek- jak np praca w podobnym ośrodku... To czarne myśli podsuwają, że spotkania raz na czas z terapeutą pomogą bardzo nieznacznie i potrzebować będę specjalnej terapii, a na taką to już trzeba mieć ubezpieczenie. [/quote]
To już projekcja, że ci nie pomogą. Nawet jeśli pomogą tylko "trochę" to chociaż w międzyczasie może załatwisz ubezpieczenie. Może się przydać, nie tylko do terapii.
Nie wiem o jakiej pracy w podobnym ośrodku mówisz? Zawodowej, w sensie pomagania uzależnionym? To wg mnie nie jest póki co najlepsza opcja. Odnoszę wrażenie, ze chcesz przerzucić pomaganie Piotrowi - bo nie masz kontaktu na pomaganie innym podobnym. Samo to, że mówisz, że coś na rzecz innych musi cię pochłonąć - i tylko to może ci pomóc, jakbyś chciała coś zagłuszyć, coś trudnego, czego nie chcesz przeżyć / poczuć, jakby ucieczka przed czymś (to moje subiektywne odczucia, taka powiedzmy informacja zwrotna, na którą nie musisz odpowiadać) dla mnie wskazuje jednak na pewne problemy, jedne z tych, o których pisze derka, z którymi terapeuta może pomóc ci sobie poradzić i przeżyć to co trudne, a nie zagłuszyć angażowaniem w co innego.
[quote=derka]trzeba miec pozałatwiane "swoje wewnetrzne problemy, sprawy itp" ktore w jakikolwiek sposob mogly wplywac na efekty twojej pracy, ktore od tak same z siebie sie nie pojawiaja ani nie znikaja. [/quote]
Terapia własna - tak, jak już pisała też derka w którymś z postów.
O siebie zadbaj, niech to cię pochłonie. Najpierw pomóż sobie, później możesz innym.
A już na pewno nie widzę cię w pracy z uzależnionymi na ten moment. Na rzecz jakiejś organizacji pomagającej uzależnionym może, ale nie bezpośrednio z ludźmi uzależnionymi.
[quote=shandra] Co do współuzależnienia Koleżanko- czego Ciebie nauczyli na terapiach dla współuzależnionych? Byłaś na takiej? Wbrew Twoim pochopnym wypowiedziom ja byłam, więc wiem znacznie więcej niż oceniasz, że wiem. To raz. ("nie oceniaj") [/quote]
"Nie oceniaj", ważna dla mnie zasada, chociaż trudna. Fajnie, ze nie tylko dla mnie.
Wiedzieć, a stosować to dwie różne sprawy. To z własnego doświadczenia wiedzę miałam od 8 lat a od 3 lat stosuję tą wiedzę w praktyce. Chociaż zapierałam się, że nie potrafię.
Jeśli jesteś po terapii to powinnaś wiedzieć, że jeśli widzisz jakieś sygnały niepokojące (ja je widzę w twoich postach i z tego co widzę nie tylko ja), to na terapię można wrócić żeby przepracować jeszcze pewne rzeczy. (Oczywiście jak się chce.)
[quote=derka]wstan od komputera i pomaszeruj sama prosto do Poradni. POWODZENIA.
A i jeszcze jedno zeby isc do poradni na wizyte lub kontynuwanie terapi nie trzeba miec koniecznie ksiazeczki RUM, czy ubezpieczenia. [/quote]
I tu również się zgodzę z derka. Nie zaszkodzi ci jak się skonsultujesz, a czy się zdecydujesz na terapię czy nie to już twoje i zależy od tego na ile chcesz wgłębiać się w siebie, bo możesz sobie żyć z tym co już wiesz, w tym chaosie, na skrajnościach i emocjach, a jeśli jak piszesz w innym temacie chcesz w przyszłości być terapeutą uzależnień, to ja tego nie widzę bez kontynuowania przez Ciebie terapii własnej, a tym samym pracy nad sobą.
Wyłapałam te kawałki, które poczułam, że mogą być ważne i wzbudziły we mnie pewne emocje. To moje subiektywne odczucia i opinie, nie muszą być zawsze trafne ale widzę, że wiele pokrywa się z tym co pisała ci derka więc do zastanowienia.
Jest taka zasada: jeśli jedna osoba mówi ci, ze jesteś koniem - możesz to olać, ale jak kolejna ci to mówi - to możesz się nad tym zastanowić... i przynajmniej skonsultować się z "fachowcem", bo sami na swój temat niestety nie jesteśmy obiektywni.
Pozdrawiam i powodzenia!
napisany przez: magnola, 27-07-2011 - 08:54
człowiek musi znacznie mniej, niż wydaje mu się, że musi
i może znacznie więcej, niż wydaje mu się, że może...
Posted: 04.08.2011, 23:17
oceń:
domownik
zarejestrowany:
lipiec 2011
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
28.09.11
postów:
31
dzięki Magnola
Lubię Twoje odpowiedzi. Choć podpisujesz się pod tym co napisala Derka, masz zupełnie inny styl. Przyjemnie się to czyta. Łatwo dzięki temu wziąć do siebie.
Czego szukam na forum? Próbując odpowiedzieć wcześniej, nie miałam na myśli tego, źe ktoś tam (do Ośrodka) wparuje za mnie i wszystko (czy cokolwiek) wyjaśni. Liczyłam na to, że może znajdzie się tu ktoś, kto potrafi z miejsca zrozumieć całą sytauację. Jej przebieg, celowość i przewidywaną efektywność. Cały jej sens.
Co do Ośrodka, w Gliwicach, o którym pisałam i w którym się leczyłam: Prowadzą tam terapię i dla uzależnionych i dla współuzależnionych. Na terapię jednak, załapałam się dwa lata temu poznawszy terapeutę, przypadkiem, na schodach. Wcześniej, mogłam liczyć tylko na wizyty u psychiatry i u psychologa, bo jakoś nikt nie chciał mi dać (tak jak póżniej Piotrowi) "szansy na nowe życie" bez odwyku zamkniętego. Kilka wizyt póżniej zaczął prowadzić Piotra. Bardzo go o to prosiłam, przekonując by spojrzał na niego tak jak teraz widzi mnie, bo akurat miałam szczęście parę miesięcy wcześniej się dowiedzieć, że nie kierowano mnie terapię, po to bym upadła na samo dno, bo wtedy wrócę na odwyk. Trochę po tym jak Piotrek trafił na leczenie, w sumie ze trzy miesiące temu, powiedział mi mój terapeuta, to o czym sama myślałam: że w sumie nie mam już po co tam przychodzić, "spotkania są bezefektywne, bo po prostu nie ma materiału nad którym można by pracować". Chodziłam na grupy dla współuzależnionych, jednak wyrażnie odstawałam od reszty uczestników. Kiedy prowadząca mówiła, o cechach charakterystycznych dla współuzależnionych okazywało się, że nijak ma się to do mnie. Ja raczej uzależniona jestem niż współ... od ludzi, od Piotra dokładnie, albo od Miłosci po prostu. Pytałam o te grupy myśląc, że mi pomogą. Nie pomogły jednak, bo to nie ten ból.
Co do Piotra ćpania... Źadno tłumaczenie. Jasne, że wiem, iż raz na czas, to tak samo tragedia. Dlatego jest na odwyku. Chciałam tylko zauwaźyć, że skoro ćpał naście lat, z czego ostatnie 7 non stop, bywając trzeżwym maks 1,5 miesiąca w roku, to takie nagłe odwrocenie tych okresów, nijak się ma do złego wpływu, jaki to podobno na niego mam. Myślisz inaczej? A jeszcze fakt, że jest na odwyku zamkniętym, przed którym tak uparcie z całych sił, tyloma latami się bronił... ale wiesz co dla mnie jest w tym wszystkim jeszcze istotne? Gdy go poznawałam, szybko powiedziałam sobie, że minie rok, albo dwa, zanim pójdzie na odwyk... i tak się złożyło, że minęlo niemal dokładnie półtora zanim dojrzał do tej decyzji (pod moim zł?m wpływem, że tak sobie zakpię)
Odnośnie tego co jeszcze Cie zaniepokoiło. A mianowicie, że nie potrafię stawiać na siebie, chociaź mam się za wartościową osobę. Wiesz, to są stosunkowo swierze (najświerzsze?) wnioski, a propos mojego ja. Nie martw się, wyjdę z tego, jak to się mówi. Jakoś nie miałam kiedy sobie tego wcześniej uświadomić, najpierw nie czułam, że mi to przeszkadza (młoda i głupia- miałam fun z działania przeciwko sobie), potem mi to nie przeszkadzało. W obecnej sytuacji, nie mogłam jednak tego nie zauważyć. A dlaczego tak mam? Skąd taka osobowość? Rozwód rodziców gdy miałam 5 lat. Potem drugie wesele. Dużo by opowiadać. Nieistotne. Niewesoła to z resztą opowieśc, bez happy endu.
Rzekłabym tak- ja się nie spycham na drugi plan. Zostałam na nim ustawiona przez najważniejszego człowieka w całym moim życiu (przez Tate). Miałam wybór- siedzieć na drugim planie, albo starcić Ojca raz na zawsze. No i tak mi już zostało. Co prawda jakieś trzy miesiące temu, bardzo boleśnie, bo i definitywnie pożegnałam się zTatą i też zdążyłam już po tym wszystkim dojśc do siebie, ale mimo wszystko nie zdążyłam zauważyć, że ustawiłam się na takiej pozycji, ogólnie względem życia, nie tylko względem jego "nowej" żony. No ale teraz mi się udało. Coś z tym zrobię. Tylko potrzebuję trochę czasu.
Co do manipulacji (jak i w zasadzie złego wpływu tak samo, albo i faktu, że tamta terapeutka poleciała z pracy) Twój komentarz; "do zastanowienia"... Przypuszczam, że to mogą być pomówienia. Te informacje dotarły,do mnie, przez jego rodzinę, a jakie jeszcze Ci ludzie informacje puścili w obieg... Włos mi dęba na głowie stanął, jak porozmawiałam z jego Babcią (przedstawianą mi przez resztę rodziny, jako największe zło, którą ja osobiście, mając okazję poznać w 4 oczy, bardzo polubiłam). Naprawdę, myślałam, że mnie rozniesie... Zaufałam tym ludziom... A oni takich pierdół naopowiadali powysysanych z palca, że omal szlak mnie nie trafił. I okazali się dwulicowi (choć może nie wszyscy). Moja Babcia interweniowała i dzwoniła do jego Babci, żeby jej uświadomić, że to stek bzdur. A ja ostatnio, być może bezczelnie (zaznaczyłam jednak, że być może to bezczelne i jeśli tak to przepraszam) zapytałam Piotra Mamy, czy mogę jej przedłożyć dokumenty świadczące o tym, że jest i było inaczej, niż gloszą oszczerstwa, z którymi się spotykam w jej rodzinie. Odpisała; "Skoro tak, to daj sobie spokój z moją rodziną". A wydawalo się, że to miła Pani... Parę plotek też usłyszałam na jej temat... Oj tak, chętnie dam sobie spokój z tą rodziną.
Na ten moment tyle. Muszę odejść od komputera. Chętnie jednak, za jakiś, bliżej nieokreślony, czas, uzupełnie swoją odpowiedż. Trzymałam się kolejności w jakiej Ty podejmowałaś zagadnienia, więc nie będę miała problemu się w tym odnależć. Podoba mi się to.
Co do mojej pracy w podobnym ośrodku... mylisz się mówiąc, że chcę swoją chęć pomagania Piotrowi przenieść na innych z podobnym problemem. Mylisz się dlatego, że jeszcze zanim zaczęłam pomagać Piotrowi, a już napewno zanim zmuszona zostałam się odsunąć, bardzo chciałam być w przyszłości terapeutą uzależnień. Niemożliwie przykre więc dla mnie jest, że poświęciłam osobiste dążenia, odpuszczając sobie maturę, do której miałam przystąpić w roku, w którym go poznałam, po to by móc poświęcić mu tyle czasu i tyle uwagi, ile było potrzebne, by mógł się pozbierać. A teraz... On ze mną nie chce rozmawiać, bo przeszkadzam, terapeuci nie widzą takiego powodu, a rodzina... tak teraz, jak zawsze (znaczy jak od początku) czarne psy na mnie wiesza. Bardzo kocham tego człowieka, więc wpadłąm w głęboką depresję, przy takim obrocie sprawy. Nawet, nie wydaje mi się, że jest to dziwne, czy nie zrozumiałe. Z kim nie rozmawiam, niektórzy nie rozumieją co myślę (lub dlaczego tak myślę), ale nikt się jeszcze nie zdziwił mojemu samopoczuciu. Słyszałam za to, że "to jest okrutne", "oni nie powinni Cię tak traktować", "Ciebie ta terapia kosztuje więcej trudu i wysiłku niż jego", a nawet ostatnio moja Babcia, która 20 lat, żyła z męźem alkoholikiem, zanim się zapił na śmierć, (lub 30), powiedziała, że "gdybym ja wiedziała, że tak będzie, to nie sugerowałabym żadnego leczenia". A ona od początku nie mogła się pogodzić z tym, że Piotrt ćpa. Mówiła tak "Gdyby On chociaż był (piiiiip). Powiedziałabym, że fakt- przystojny, inteligentny, pociągający, ale i tak jest dupkiem i tak, więc jak chce brać to niech bierze, bo i tak się nic na to nie poradzi, ale on taki nie jest". Jej chęć, by poszedł na odwyk i tak nie miała źadnego znaczenia, swoje mówiła, tylko mi, a ja i tak postępowałam w imię myśli własnej, ale choć Babcia do dziś (7 lat po śmierci męża) nie umie się pogodzić z tym, że jej mąż pił, wygłosiła, być może impulsywnie, ale wygłosiła myśl, że kierowanie go na odwyk było bez sensu. "Może więcej czasu, by to zajęło, ale i tak by sobie z tym poradził". Tak jak ja-dodam od siebie.
W obecnej sytuacji (czyt. w tym stanie) faktycznie, zdecydowanie nie nadaję się do pracy z ludżmi uzależnionymi, myśl, że chcę coś zagłuszyć, jest z całą pewnością trafna. Ten pomysł, sądzę, nie przyszedłby mi w takiej chwili do głowy, (jest czystą głupotą), ale tak się złożyło, że ktoś mi go podsunął, a ja złapałam się myśli, jak skrzydeł marzenia, by podnieść się z dołu. "Tonący brzytwy się chwyta" mówią, w pewien sposób można tu odnieść to powiedzenie.
"Coś czego nie chcesz przeżyć"... na początku tej całej sprawy... Czułam nie tylko żal i ból, ale ogromnie się bałam... tak niezwykle, nienaturalnie... nie objawiało się to przyspieszonym rytmem serca, zalęknieniem, czy jakoś tak inaczej, standardowo... Ale i tak nie mogłam tego nazwać inaczej jak strachem. Napisałam wtedy koleżance (ktorej brat się leczy w tym samym ośrodku)- "Wiesz jaki strach jest najgorszy? Wcale nie strach, przed nieznanym. Bulshit! Najgorszy jest strach, przed historią, która jakby nigdy się nie wydarzyła, a jednak wiesz, że miała swoje miejsce i ze odbiło się to mocno na Twojej psychice. Strach przed czymś, co już przeżyłaś i czego nie chcesz nawet pamiętać" . Pisząc to myślałam o rozwodzie moich rodziców. Do dziś nie wiem, w jaki właściwie sposób kojarzyły mi się obie sprawy. Emocjonalnie. Może tylko emocjonalnie. Mając 5 lat, zaczęłam stawiać sobie noc w noc pytanie i trwało to chyba przez rok- Dlaczego ja się urodziłam? Po co się urodziłam? Czy nie mogło być inaczej?
20 lat później, nagle te pytania do mnie wróciły. Stawianie sobie pytań o sens ludzkiego istnienia... jest problematyczne, fakt, setki wielkich filozofów na przestrzeni tysięcy lat, a dobrej odpowiedzi tak samo jak nie było, tak nie ma...
"pozałatwiać wewnętrzne problemy"... Pozałatwiać emocje? Co mam zrobić- amputować sobie móźg... czy serce?
"serce nie sługa" słyszałam kiedyś. Z doświadczenia wiem, że da się je jednak podłóg myśli ustawić, ale skutkuje totalnym popieprzeniem na umyśle. Zyciem szarym,pustym i trudnym, albo przy odrobinie szczęścia, wczasami ufundowanymi przez NFZ w zakładzie psychiatrycznym.
Terapia własna. Oj tak. Gdy tylko możliwość taka nastanie. Wydaje się, że potrwa to, do 20 sierpnia, zanim się takowa pojawi. Jak przeżyję do tego czasu? Nie wiem. W skrajnościach, za pewne. Na granicy oporu, jak to mi na myśl przyszło kiedyś określić i bardziej trafnego określenia, nie czuję nawet możliwości znależć.
Co jeszcze? Byłam w centrum zdrowia psychicznego, jednak nie w tym ośrodku, co leczy przy okazji uzależnienia, bo poslużę się słowami terapeuty "po prostu nie ma materiału, nad którym można by pracować", dla Ciebie niepokojącym symptomem jest chaos, a ja zagłebiwszy się trochę w siebie w ciągu swojego życia, wiem że chaos zawsze był wiele znaczącą cechą mojej osobowości i nieraz bywał (i jak widać bywa) cechą dominującą. Jakiś czas temu zaczęłam zajmować się... powiem górnolotnie, bo są tacy, co tak to nazywają, sztuką... Być może ja (chaos, który jest we mnie) to choroba (np objaw manii)... być może jest to po prostu dusza artysty. Pani Dr w tym Ośrodku, do którego poszłam, (która, nota bene, od pierwszego spotkania, bardzo mi przypadła do gustu, tak jak i poziom komunikacji i zrozumienia między nami), uznała, że potrzebuję leków, kompletnie nie rozumiała, tym razem, o czym ja mówię i wyciągała wnioski... logiczne owszem, ale i tak nie trafne (znacie dowcip? Przyda się dla analogi. Lekarz, badanie naukowe, eksperyment z muchą. Bierze nasz naukowiec muchę kładzie na stole i każe jej chodzić. Mucha słucha. Potem wyrywa jej kolejno, po jednej sztuce, skrzydełka, nózki, a co wyrwie jedną to każe chodzić, a mucha stosuje się do poleceń. Naukowiec cały czas zapisuje spostrzeżenia i cały czas, wynika z nich, że wszystko jest prawidłowo. Wyrwawszy ostatnią nogę, mucha, nie może już nawet podskakiwać na jednej, ani się jakoś czołgać, więc leży po prostu, a wielki badacz zapisuje: "po wyrwaniu wszystkich nóg, mucha traci słuch" )
Tabletki, przepisane przez Panią Dr, miały służyć wyrównaniu nastroju. Być może nawet wyrównują... zanim do niej poszłam około tydzień czułam się całkiem dobrze, no ok, bywałam podenerwowana, ale to od dwóch lat (odkąd przyszło mi mieszkać z Babcią) taki standard. Jednak przestalam już płakać, zaczęłam jeśc normalnie, spać w nocy, szukałam pracy, załatwiałam szkolenia gdzie się dało, potrafiłam znów się uśmiechać i albo wierzyć, że jeszcze kiedyś będę szczęśliwa, albo się nad tym po prostu nie zastanawiać (nie pamiętam dokładnie). Słowem, jakoś żyć się chciało, coś z tym źyciem robić i znajdywać na to siłę, pomimo ciężaru myśli i uczuć.
Wyrównywanie nastroju zadziałało tak, że znów nie śpię w nocy, znów ciągle płaczę, znów nie wiem o co chodzi, a do tego, niemal włosy rwę z głowy, bo własnych myśli nie mogę nigdzie w spokoju posłuchać. Park i ławka się nie sprawdzi, potrzebuję znależć kąt, gdzie mogłabym zapisać to wszystko, co w glowie mam i watre jest jakiejś uwagi, bo inaczej nigdy w życiu się w tym nie odnajdę, nie połapię (no chyba, że ktoś mi zechce i da radę amputować moje własne myślenie). Niestety gdziekolwiek jestem tam muszę słuchać jakiegoś gadania, śpiewania, krzyku, czy innych podobnych... Wakacje w psychiatryku... Dobrze mi zrobią. Ale na ile? Znów wrócę, do myślącej niemal wyłącznie głosno Babci, która non stop "kłóci się" z ludżmi na ekranie telewizora, autorami artykułów w necie, ze mną, ze sobą... albo dzieli wspomnieniami... albo obraża gdy poproszę o chwilę spokoju... Może jednak na wystarczająco długo, by uodpornić się na takie.
Dlaczego mówię, że może i wyrownują nastrój, choć z opisu wynika, że czuję się nie lepiej? Dlatego, że choć teraz czuję się żle i choć mogloby się zdawać, że wcześniej czułam się tak samo... Tak naprawdę po prostu niesposób opisać, jak czułam się wcześniej. Zanim sama się jakoś wzięłam w karby i zanim dostałam te przeklęte tabletki. Brałam je mimo wszystko, przez jakis czas, mając nadzieję, że to może zbieg okoliczności. Brałam, bo po rozmowie z Panią Dr wyciągnęłam wniosek, że ja się nie umiem logicznie wypowiadać w przypływie emocji, a to znacznie utrudnia mi komunikację, ze wszystkimi wokół. Widząc, że ona mnie nie rozumie... siedziałam jak ostatnia sierota i czułam się jak naćpana, a Pani Dr powiedziała, że tak też wyglądam... i jedno jedyne wyjaśnienie przyszło mi do głowy, więc o nie zapytałam- czy jako specjalista, może Pani powiedzieć, czy w Pani ocenie, ja w ogóle wiem co mówię? "wydaje mi się, że chwilami to chyba nie". "Dlatego uważam, że powinna Pani brać leki". "Jest Pani potrzebna terapia". "W poradni tego nie załatwimy". (Mówiąć "tego" sądzę miała ona na myśli po prostu problem). Straszne to, bo dwa i pół miesiąca temu, ta sama Pani Dr mówiła "Dobrze, że Pani nie bierze leków, uważam, że ich Pani nie potrzebuje". "wszystko będzie dobrze, jeśli będzie Pani żyć tym, co ma w głowie". "Nie myślała Pani o maturze?". Oj myślałam. Dużo myślałam. Cały czas myślę od 2009, kiedy to skończyłam w końcu szkołę średnią. I aktualnie pluję sobie w brodę, że zamiast w nią się zaangażować, gdy była odpowiednia pora, to pozwoliłam sobie na zbliżenie się i angaż w sytuację mojego partnera. Mam ochotę pieprznąć tym całym zasranym związkiem, miłóścią niby, która miłością, okazuje się chyba wcale nie być, tylko jakąś dziecięcą zabawką, skoro da się ją schować do kieszeni. Mam jednak wrażenie, że będę tego gorzko żałować.
Zawsze taka byłam: albo się w coś angażuję, albo nie, a jeśli tak... to na 100%. Więc jeśli "dezercja"... to w stu procentach. Nie zaangażuję się w nic, w żadne działanie, tak na pól gwizdka. Nie ja. A nie potrafię wyjść, z tego w czym tkwię, bo mam wrażenie, że mogę tego potem gorzko, gorzko żałować, przez całe nawet życie... (Jak cudzoziemka, w książce o tym samym tytule). A co gorsza, że mogę tego żałować nie tylko ja... lecz i tak ja najbardziej.
Łojoj, ciekawa jestem kto i co się odważy pomyśleć na cały ten temat i co napisać.
Aktualnie wydaje mi się, że to ani na forum, ani na czata, tylko chyba na bloga się nadaje. Ale co mi po blogu, jak ja nie szukam siebie, tylko sensu, zrozumienia i wiary w cel.
Jak myślicie- wyskoczę przez okno, zanim się doczekam, ubezpieczenia i terapii, czy nie?
Odezwie się Piotrek w najblizszym czasie? (Za niecały tydzień miną dwa miesiące, jak się nie odzywa i napisał, że tak trzeba, że wierzy, że to zrozumiem i że bardzo mnie kocha, więc mam być cierpliwa)
W końcu (dodam, że mało kto, jeśli w ogóle jeszcze ktoś, o tym wie; ale w głębi duszy jestem naprawdę mściwa) Czy skrzywdzę go i czy mocno gdy w końcu się odezwie?
Naprawdę mściwa...? Nie wiem po prostu szczerze jestem o tym PRZEKONANA. Z zewnątrz jednak częściej słyszę opinie; "Matka Teresa". Od wszystkich na prawdę bliskich mi osób: od przyjaciółki, tej samej od dziesięciu lat, Babci, z która mieszkam, Piotra, terapeuty... Co za różnica...
Ech...szlag mać... oby tak zasnąc i przez cały rok spać
napisany przez: KARO, 06-08-2011 - 20:53
"...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
Posted: 06.08.2011, 21:43
oceń:
moderator
zarejestrowany:
wrzesień 2004
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
18.01.12
postów:
1076
Kochane Bravo...
Nie wiem, jak udało mi się przebrnąć przez ten elaborat, który faktycznie, nadaje się na blog. W pierwszym odruchu chciałam, zamiast edytować, usunąć 2 ostatnie posty i robić tak kosekwentnie, aż nauczysz się, do czego służą na forum klawisze funkcyjne. Ostrzegałam cię w poprzednich tematach. Do twojego spamu dochodzi jeszcze wysyłanie chamskich i upierdliwych wiadomosci prywatnych do innych userów. Ogarnij się, zainwestuj w psychiatrę albo idź na spacer, bo jeszcze jedna taka akcja, twoje tematy zablokuję, a ty przy odrobinie szczęścia otrzymasz bana na cały portal.
Nie będę cytować każdego fragmentu twojej wypowiedzi, który mnie rozłożył, w skrócie moje odczucia prezentują się mniej więcej tak:
1 - Jesteś współuzależniona, a do tego psychopatycznie zakochana w człowieku, który najwyraźniej poszedł po rozum do głowy, zaczął coś robić ze swoim życiem i ma cię dość.
2 - Jeżeli 3 osoby mówią ci, że jesteś koniem - idź wpier****j owies. Może to nie rodzinka Piotrusia jest zła, tylko faktycznie jednak coś jest nie tak z twoim zachowaniem? Podejrzewam, że nie przyszło ci do głowy szukać winy w sobie.
3 - Wnioskuję z twojego sposobu wypowiedzi i tego, co i jak opisujesz: jesteś totalnie niestabilna emocjonalnie i tak, stanowisz dla Piotra zagrożenie. "A bo ja go tak strasznie kocham". No i fajnie, skoro go kochasz, to go zostaw w spokoju, zamiast egoistycznie robić bałagan.
4 - Do tego dochodzi niczym nie podparty i totalnie nieuzasadniony narcyzm. Nie jesteś siłą sprawczą niczego. Zaczął ćpać bo chciał, chciał też zacząć się leczyć. DLA SIEBIE. Nie chce kontaktu i laski bluszczu, rozsądny facet.
5 - Nie jesteś jedyną osobą, której rodzice się rozwiedli, więc nie rozśmieszaj publiczności i nie szukaj wytłumaczenia dla swoich destrukcyjnych zachowań.
6 - Nie wiem, jakie są relacje w domu pacjenta, twoim, kim ty w ogóle jesteś. Wszystkie te wywody dzielę na pół, poza tym nie ruszają mnie tego typu ckliwe historyjki.
Podsumowując: Lecz się i daj się leczyć innym. Piotr mam nadzieję, że się nie odezwie. Lepiej dla niego.
Chcesz skoczyć przez okno? A skacz.
napisany przez: KARO, 06-08-2011 - 21:45
Posted: 10.08.2011, 03:26
oceń:
domownik
zarejestrowany:
lipiec 2011
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
28.09.11
postów:
31
1. Nie nauczę się używać klawiszy funkcyjnych, jeśli nie dowiem się gdzie się tego nauczyć. Tzn. Nauczę się, ale nieprędko, bo nie mam czasu się w to zagłębiać.
2. A propos upierdliwych wiadomości, Tobie nie wysłałam ani pól, ponad to wszystkie, które, to można policzyć na palcach jednej ręki, a osoby, do którycj na ledwo ich połowie (przyjmijmy) i raczej nikomu krzywdy nie zrobiłam.
3. Powiedzenie, o koniu, znam trochę w innej wersji, nieistotne, jest to moje życiowe motto, bez względu na to co by się mogło Tobie i podobnym wydawać, a nawet na to co się wydaje. Prawda jest jednak taka, że odnośnie stanu zdrowia, wierzę jednak w diagnozę specjalisty (w dziedzinie), nie laika, jakim z resztą jestem sama, a przy tym dogłębniej niż np Ty, znam przedmiot sprawy
4. Podejrzewasz, że nie przyszło mi do głowy szukać winy w sobie... Chcesz o tym porozmawiać? Może uda Ci się następnym razem powstrzymać od bezpodstawnych podejrzeń?
5. To co napisałaś o psychopatycznej miłości... Być moźe jest bardzo trafne, być moźe bardziej nawet niż się wydaje...
6. Narcyzm? Nie sądzę, że ktokolwiek z mi bliskich się z Tobą zgodzi. Masz prawo do własnego zdania, chcesz je upowszechniać... Proszę. Mi to nie zaszkodzi.
7. Wytłumaczenia nie szukam, tylko poprostu narzuca mi się samoczynnie. Nie jest to długo, jak się narzuca... zachowania destrukcyjne, mają znacznie dłuższą historię, ale odkąd wytłumaczenie się natoczyło łatwiej ich jakoś, inaczej niż w słowach nie prezentować :)
8. Czy Piotrusia rodzinka jest zła, to raczej nie oceniam. Oceniam tylko relacje między jej członkami jako złe. A także stosunek do mnie.
9. Jeśli nie jestem siłą sprawczą, to rewelacyjnie, bo też Piotr zaś w dragi nie wpadnie, jeśli mając dość tego wszystkiego pieprznę to daleko, głęboko i raz na zawsze. Ciężko będzie, ale myślę, że stać mnie na to, zwłaszcza jeśli ta moja miłość jest psychopatyczna, bo to znaczy, że mogę się z niej leczyć.
Jeśli nie jestem siłą sprawczą, szkoda, że ta sama jego rodzinka potrafiła mi dziękować, głośno doceniając moją w tym rolę, choć Oni mnie nie lubią i nie lubili od poczatku, a ja o to nie prosiłam, ani w żaden sposób nie śmiałam się domagać. Glośno doceniła mnie też terapeutka, na pierwszym spotkaniu, co oburzyło mnie strasznie i napisałam jej, póżniej m.in coś czego może nie powinnam pisać, a zamiast przyjąć komplement jakim był. Wydało mi się jednak nie na miejscu, docenianie mnie za rzecz taką (czyli wkład w najsłuszniejszą decyzję źyciową mojego partnera, warunkującą źycie w zasadzie) w towrzystwie całego absurdu tamtego naszego spotkania. Napisałam jej wtedy, żeby nie prawiła mi takich błachych komplementów, bo jeszcze potem może słów jej braknąć, a lepiej tego uniknąć. Może to dowód mojego narcyzmu, a może przeciwnie... Warto przemyśleć, jeśli czasu nie żal. Myślę, że tylko zarozumiałości (o i widzisz, tu przy okazji moja wina, którą upatrzyłam w sobie nie dziś, lecz tego samego dnia, co odpowiadałam na posty jednej z uźytkowniczek, pod wpływem właśnie tych odpowiedzi do niej, zdałam sobie sprawę, ze swojej zarozumiałości, nikt mi jak dotąd jej nie wytykał, a jeśli to gdy bylam małą dziewczynką w domu u Tatusia... Zdałam sobie też sprawę z tego, że Piotrek próbował... nie lubił we mnie tej cechy, (nie dziwne, nikt tego nie lubi) chiał ją wytępić, ale nie potrafił nazwać, a słowa w jakie to ubierał, argumenty, na moje oko świadczyły o poczuciu własnej wartości i pewności siebie... wielokrotnie wracał do tego tematu, cały czas mu jednak brakowało słów... gdy po jakimś czasie przypadkiem znalazł... Dowiedziałam się, że jestem wyrachowana, potem byly "wywiady" z luidżmi w pubie w ktorym akurat siedzieliśmy co to znaczy wyrachowana, no i okazało się, że to jednak nie o to się rozchodzi...)
Wprowadzali mnie wszyscy w błąd z premedytacją, czy bez... To też teraz tkwię w błędzie. Może właśnie dzięki Tobie z niego wyjdę. Kumpla mam w Warszawie, co też uważa, że przeceniam swoje znaczenie. A miejcie rację! Serdecznie tego Zyczę: Wam, Nam, sobie i przede wszystkim Piotrowi.
10. Bluszcz mówisz... Słuszna uwaga, riposta, czy tam zwał jak zwał... Cenna sądzę. Nikt bluszczu nie lubi na ciele własnym...lub duszy.
11. Podziel sobie proszę to wszystko na pól, podobno ze mną tak trzeba, już kiedyś słyszałam jak jedna Pani drugiej Pani taką radę dawała (moja Babcia Piotra Babci) Ważne tylko, żebyś słuszną połowę odrzuciła, jeśli w ogóle chcesz brać tą drugą do siebie... Jeśli nie chcesz...trudno
Powiem Ci jednak, że mi się wydaje, że w sytuacji kiedy tak dużo słow używam i nie potrafię się streścić, wyłapując to co najważniejsze... To żeby dojść do sedna, kiedy już skasować tego co zostało powiedziane się nie da, trzeba by dopowiedzieć wiele więcej, by były szanse...
12. Czy lepiej dla niego sam oceni. Napisałam mu dziś list, jeszcze go nie wysylam, aczkolwiek podejrzewam, że zrobię to w najbliźszym czasie. Ty nie wiesz z czego wynika to co jest między nami teraz, budujesz swoją opinię na pobierznej ocenie, nie wiesz też z czego wynika i na czym się oparło to co między nami było. Nie wiesz rownież o co się rozbiło. Tym samym nie jest i nie będzie Ci łatwo mnie (całego tego) zrozumieć. Masz trochę, ale troszkę racji, że szukam/szukałam winy w osobach trzecich. Nie chciałam jej widzieć ani w sobie, ani w nim, przy czym w nim zwłaszcza... w sobie potrafiłam jej szukać i podejrzewam, iż więcej słusznych podstaw znalazłam niż Ty, tym samym winy też więcej, a nie tylko podejrzewań o winę.. (dziel sobie na pół. proszę, jasne)
Co mu napisałam? A to i owo... Ze w tej sytuacji nie mogę nawet chcieć z nim być, bo niszczy mnie to okrutnie. Żeby nie przekazywał mi info przez Mamę, bo nie mam z nią kontaktu i naprawde mi tak o wiele lepiej. Ze nie jest we więzieniu, więc niech się nie zachowuje jakby w nim byl, tylko spojrzy na rzecz tak jak stoi- to ośrodek opieki i rehabilitacji zdrowia, nie musi i nie powinien się tam czaić ze swoimi potrzebami emocjonalnymi, psychicznymi, czy jak tam zwał, bo nikt mu tam na złośc nie robi. Ze wiem (bo wiem, uwierz) iż on zdaje sobie sprawę, może nie w całości, ale w znacznej mierze z mojego samopoczucia, a w związku z tym... przegrał u mnie ostatnią szansę. Dwa miesiące czekałam, aż pomyśli o mnie. Nie łaska? No to nie łaska! (Oj to pech)
Ja najgorsze mam już za sobą, a od dnia, w którym to wyślę, uznam, ze to już tylko jego problem. Czy On uzna to za problem, czy za łaskę odkupienia, nie Twoja (ani nie moja) w tym rzecz. Napisalam mu jednak, też, że jeśli będzie chiał walczyć o następną szansę... Proszę bardzo, niech się wykaże. Najpierw jednak sprawdzimy ze wszechstron, czy wykorzystał poprzednią (m.in). Napisałam też, że cięzkie będzie miał ze mną życie (czyżbym chciała go do siebie zrazić? nieeee.... tylko wydaje mi się to świętą prawdą i sądzę, że on sobie tego tak nigdy nie wyobrażał), a ja trochę zminiłam przez ten czas do niego i do siebie podejscie. Wytłumaczylam, rzecz jasna, z czym to cięzkie życie będzie wiązać. Pozwól, że poczekam na jego ocenę, a pozwolę sobie nie sugerować się Twoim złorzeczeniem. Dobrze?
Czy chcę skakać z okna? A czy napisałam, że chcę? Niepoważnaś Ty, tak jak ja...
Czasem coś boli człowieka, to się zdarza każdemu, a im bardziej ktoś wrażliwy tym bardziej boli, a im bardziej boli, tym trudniej to wytrzymać, a im trudniej to wytrzymać, tym trudniej zdrowymi zmysłami się kierować, bo czasm latwiej, po prostu unieść się bólem.
Nikt nie lubi sobie trudnych chwil utrudniać. Niektorzy jednak przybierają maski, żeby nie starcić twarzy, (buahahaha. Tak jest niestety) lepiej? udawać, że jest ok, niź krzyknąć np: " Pomocy, zaraz mi odpadnie noga, odpadnie i to w połowie uda. Tak bardzo mnie tam właśnie boli, że jestem pewna iż odpadnie" Myslę, że rozumiesz metaforę. I to, że nie chodzi w niej o wariacką pewność, tylko o całość intencji i przesłania.
Widzisz ja się czuję ponad to. Nie boję się, tego że wyjdę na świra. Albo na glupią. Kto mnie zna, to wie co o mnie myśleć. Kto nie zna, pozna jeśli zechce. A kto pobierznie traktuje moje słowa i dzieli na pół i tak się ze mną nie ma szans dogadać, tym bardziej mnie zrozumieć, więc co się mam jego sądami i opiniami przejmować. Powinnam niby? "zawsze mówię szybko, szczerze, co pcha mnie, jak i gdzie. i w czarne koty nie uwierzę i w horoskopy też". Jak to śpiewa Renata Przemyk.
Leczyć się mam? I Ty nie widzisz co napisałam wyżej? Więc jeszcze raz, wylewniej i drukowanymi literami.
PÓJDĘ SIĘ LECZYĆ, BARDZO, BARDZO CHĘTNIE. CO PRAWDA MNIEJ TEGO TERAZ POTZREBUJĘ NIŻ MIESIĄC TEMU, PRZEZ KTÓRY BEZ LECZENIA JAKOŚ, CUDEM CHYBA TYLKO PRZEBRNĘŁAM I TO BEŻ WIĘKSZEGO USZCZERBKU NA ZDROWIU, JAKIEGO WRĘCZ OCZEKIWALAM, ZNAJAC SIEBIE I SWOJĄ WRAŻLIWOŚĆ, ZA TO KOSZTEM RELACJI Z OBCYMI LUB NIEMAL OBCYMI MI LUDZMI. (Mały pieniądz). CHOĆ POTRZEBA JAWI MI SIĘ JAKO MNIEJSZA, A MOŻE TYLKO MNIEJ ODCZUWALNA (?) CHĘĆ MOJA NIE SŁABNIE I NIE SŁABŁA ANI TROCHĘ, PRZEZ CAŁĄ DŁUGOŚĆ ROZCIĄGANIA SIĘ W SWOIM CZASIE. Ja nie wiem, może ludzie ogolnie przywykli do tego, że jak świr mówi, że chce się leczyć, to znaczy, że coś jest nie tak i że trzeba mu tluc jak Abel kozie, że ma się leczyć. Litości, ludzie. Neurony mi nie wysaiadły, połączenia w mózgu sprawne, dotarlo do mnie, nie klamię, hello.
Przepraszam za skróty myślowe. Dziś wyjątkowo, przeczytalam swoją wypowiedż od a do z, po jej umieszczeniu. Powiesz mi KARO co i jak z tymi klawiszami funkcyjnymi, to będzie łatwiej o porządek. Pozdrawiam. "Nie złość się na mnie bo po co? Lepiej zbierać słowa nocą. Porozrzucane dokoła... na stołach..."
Chcesz to usuń te posty. Lecz proszę wszystkie. Zbyt mocno się tu obnażyłam (a co naprawdę złe to przy okazji i Piotra, który w sumie raczej by sobie tego nie życzyl), żeby nie wynikało, z tego nic, a przy tym zbyt słabo, żeby wynikalo cokolwiek precyzyjnego. Niestety, nie umiem przejść do porządku dziennego nad tak skrajnymi emocjami, (dlatego szukalam wsparcia, okazało się, że dac im chłonne i nie głuche ujście wystarcza) a że i nad chlebem powszednim mam tendencje rozwodzić się "jak natchniony wieszcz narodowy"... to nawet codziennego braku porzadku w tym nie ma, lecz istny meksyk... Przykro mi naprawdę. Lecz czuję się lepiej, po tym wszystkim.
Szkoda tylko, że nie umiem taić prawdy, przemilczać, części z tego, co mi do głowy przychodzi, gdy docelowo sie myślami dzielę...ani... dokładnie, to chodzi o to, że nie nazywać rzeczy, ludzi i faktów po imieniu, tak jak mi się przedstawiają. Trochę za daleko to wszystko zaszło... mam żal do siebie. Nie chciałam, tak upubliczniać naszego życia, by łącznie z obrazkiem można bylo je zobaczyć. Gdyby szło tylko o mnie pieprzylo by mnie to, że ktoś, że kto i nawet, że kaźdy jeden może mnie zidentyfikować... Nie jest to jednak tylko o mnie, ze swoim lubym, nie moglam o tym porozmawiać, więc uderzylam tu, a że jestem i szczera, i otwarta, i nie przyzwyczajona do ukrywania niczego... Rozumiesz...?
Mam sobie wiele, pod tym względem do zarzucenia, bo wiem, że Piotrek nie lubi tego rodzaju ekshibicjonizmu. Podejrzewam, że jest mi to w stanie bardzo szybko wybaczyć, bo dobrze zna te moje cechy, którymi jest to warunkowane i za to właśnie zawsze (podejrzewam najbardziej) mnie cenił, ale myślę, też, że gdyby wszedł na to forum, w ten watek, a pewnie wszedłby, to bardzo mocno by go to wszystko ubodło i wybaczylby, czy nie wybaczył... z marszu, czy za tydzień, czy za miesiąc, czy rok... nie ma znaczenia, bo i tak, bez względu na to, ból jego wewnętrzny, bylby bólem wewnętrznym niezależnym od zewnętrznej reakcji. Jeśli moźesz to usunąć to usuń. Bardzo Cię proszę. Zostaw, tylko ten post, bo moźe już do tego dotarł i jako gość czyta... Na prawdę nie chciałam i dalej nie chcę robić mu przykrości, ani transparentu zdobiącego nam głowy. W ogole nie podejrzewałam, że to taki obrot przybierze i tak się skończy... Nie spodziewalam się niczego konkretnego, fakt, ale totalnego i pernamentnego nie rozumienia moich emocji nie spodziewalam się chyba najbardziej. A że najbardziej na świecie, to chyba nieporozumień nienawidzę... poszło... Przepraszam...PRZEPRASZAM CIĘ KOCHANY, JEŚLI ZDAJESZ SOBIE SPRAWĘ Z TEGO WSZYSTKIEGO, CO I JAK SIĘ TU ODBYWA. ZNAM CIĘ, MOŻE POWINNAM INACZEJ SOBIE ZE SOBĄ RADZIĆ W TEJ SYTUACJI... A MOŻE INACZEJ, JA, AKURAT NIE MOGŁAM. TY TEŻ MNIE ZNASZ. WIESZ, PEWNIE JAK NIKT CO O TYM MYŚLEĆ, LEPIEJ NIŻ SAMA JA, JESTEM PEWNA, JAKO ZE NIE BRAK CI DYSTANSU, KTOREGO MI MOŻE JEST BRAK.
napisany przez: KARO, 10-08-2011 - 08:46
"...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
Posted: 10.08.2011, 09:17
oceń:
moderator
zarejestrowany:
wrzesień 2004
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
18.01.12
postów:
1076
1 - Niektórzy są niereformowalni... Masz pod swoim postem kilka takich drobiazgów: wpisz, zacytuj, itp. Wpisz to funkcja edycji wysłanej już wypowiedzi. Nigdy wcześniej nie byłaś na żadnym forum? Temat był wałkowany milion razy, wystarczy poszukać. Nie wiem, na czym polega trudność i co sprawia, że przychodzący tu ludzie nie ogarniają najbardziej podstawowych funkcji. Ostatni raz edytowałam Twoją wypowiedź, następnym razem będę kasować, bo mam ciekawsze rzeczy do roboty.
2 - Co do wiadomości to oczywiście, nie wysłałaś jej do mnie. Jednak osoby, do których one poszły zgłaszały z Tobą problem. User się skarży - ja reaguję. Prosty mechanizm. W Twoim mniemaniu wiadomości nikomu krzywdy nie zrobiły, ale najwyraźniej ludziom przeszkadzały. Tyle w temacie.
3 - Nie mówiłam o niczyim stanie zdrowia, ale o Twoim zachowaniu.
4 - Dlaczego uważasz, że moje podejrzenia są bezpodstawne? Wnioski wyciągnęłam z Twoich wypowiedzi. Powtarzające się narzekanie na rodzinę samca, złych terapeutów, swoją przeszłość. A Ty jedna stanęłaś przeciw wszystkim. No proszę Cię.
5 - Dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę.
6 - Mam prawo do własnego zdania, każdy na forum na prawo wyrazić swoją opinię.
7 - Nic nie narzuca się samoczynnie, a już zwłaszcza u osoby uzależnionej. Głupoty opowiadasz.
8 - Stosunek rodziny Piotra nie wziął się z powietrza. Nie rozumiem, po co pchać się gdzieś, gdzie Cię nie lubią?
9 - Zarozumiałość. No tak. Tutaj ciężko się nie zgodzić. Czasem też niewielki przerost formy nad treścią. Bez urazy, jak już wspomniałam opinię wyrażam na podstawie Twoich słów. Nie wiem, czy jesteś taka zmanierowana, czy to jedynie poza. Mnie to w sumie bawi.
10 - Skoro cenisz uwagę o bluszczu to ją przemyśl. Ja czułabyś się, gdyby to Ciebie tak oplatano i próbowano kierować całym Twoim życiem.
11 - Może zamiast używać masy środków stylistycznych, zwrotów grzecznościowych i innych tworów naszego języka skupisz się na faktach? Połowa Twoich postów to nic nie wnoszące wstawki, bez których wypowiedź nie straci sensu, a czytanie będzie mniej uciążliwe. Na forum skupiamy się na faktach, prozę zostaw blogerom.
12 - Wracamy do tematu: piszesz na forum, otrzymujesz opinię zwrotną. Jesteś koszmarnie przewrażliwiona na punkcie postrzegania przez innych. Tak poważnie, co obchodzi Cię opinia ludzi, których na oczy nie widziałaś i pewnie nigdy nie zobaczysz? Nie tłumacz się mnie, nikomu tutaj, tylko przemyśl odpowiedzi, jakie dostajesz na zadane pytania. Ocena oparta jest na prezentacji.
Skakanie z okna, leczenie się... Spójrz na swoje posty wyżej. A potem pomyśl, czy to może czasem nie była ironia. Żeby zostać zrozumianym, trzeba też samemu zrozumieć. A co do emocji, to nikomu jeszcze nie dały więcej, niż zwykła kalkulacja.
Nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Telenowela jakaś.
Posted: 10.08.2011, 11:13
oceń:
domownik
zarejestrowany:
maj 2009
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
01.04.12
postów:
31
ale czad..:) nie zaglebiam sie ponownie, wszystko co mialam do powiedzenia w tej sprawie pisalam wczesniej,
jednak nadal proponuje punkt wyjscia:
Punkt Konsultacyjny Monar W Gliwicach, ul.Franciszkańska 19, tel.(32) 231-19-56
Godziny otwarcia:
pn: 14:00-17:00
śr: 13:00-16:00
pt: 14:00-17:00
I prosze nie odpisuj mi na to na priv.
pozdrawiam
"alkoholik- okradnie, okłamie- ale powie, że "nic nie wie, nic nie widział", narkoman -okradnie, okłamie- przytuli i pomoże szukać.."