<!-- [site-name] -->  
Witaj gość - dzisiaj jest środa, 23 maja 2012, 

pamięci Marka

Biografia
Marka Kotańskiego
Historia Monaru
"Ty zaraziłeś ich
narkomanią"

"Daj siebie innym"

nasze menu

 strona główna
 nasze linki
 FAQ - pytania i odpowiedzi
 nasze pliki
 nasze bLogi
 nasza galeria
 nasza księga gości
 Nasz czat

 PLACÓWKI MONARU


kto jest na czacie

trochę wiedzy o...

 narkotykach
 narkomanii
 narkomania w literaturze
 narkomania w filmie

nasz najnowszy link

Click

Dzień po dniu
Pobierz nagrania mp3 o trzeźwości różnych, internetowych stacji radiowych. Stronka powstała w okres...
odsłon:1168

nasze linki ]

nasz bLogariusz

licznik odwiedzin

Dzisiaj:204
W tym miesiącu:5999
W tym roku:42763
Ogólnie:1941821

Od dnia 08-01-2002

Przejdź do strony: [-1] 1 - 2 - 3

Do dołu
Bardzo proszę o wsparcie (napisany przez shandra)
  • Posted: 19.08.2011, 17:39
       
    magnola
    oceń:
    moderator moderator
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    14.03.12
    postów:
    834
    A ja zanim przeczytałam tego posta, napisałam Ci odpowiedź na prywatną wiadomość, gdzie o manii nie pisałaś, za to ja Ci napisałam, bo przyszła mi na myśl, podobnie jak borderline przychodzi mi na myśl (na prv masz więcej) gdy widzę ten kawałek Ciebie, który prezentujesz, więc może coś w tym jest... Jest wielu lekarzy, myślę, że warto to sprawdzić, ewentualnie mogą zrobić Ci testy, a nie buntować się na słowa Pani dr, motywując to tym, że żyjesz trochę na tym świecie i że jakby co to poprzedni lekarz powinien Ci to zdiagnozować i byś wiedziała. Zwłaszcza, że leczyłaś się też z uzależnienia i objawy mogły się nakładać lub maskować albo nie był czas na ruszanie tego wtedy. Może tak, a może nie. Najwyżej podejrzenia Pani dr się nie potwierdzą. Do stracenia masz niewiele, a mając konkretną diagnozę możesz leczyć, cokolwiek by to nie było, jeśli tylko do leczenia się nadaje. A co do tego, że jest może dla innych niezauważalnie, ale lepiej to Pani dr może nie mieć porównania i nie musi, ale może uważa, że nie jest na tyle dobrze, żeby zostawiać to czasowi.
    BTW, jakby mi ktoś powiedział: "przecież nie biorę (czy nie piję) tak dużo i tak często jak kiedyś" więc jest lepiej (co zresztą nie raz słyszę od znajomych) to i tak widzę i wiem, że wcale lepiej nie jest...



    napisany przez: magnola, 19-08-2011 - 17:53


    człowiek musi znacznie mniej, niż wydaje mu się, że musi
    i może znacznie więcej, niż wydaje mu się, że może...


    WT
  • Posted: 19.08.2011, 22:33
       
    KARO
    oceń:
    moderator moderator
    zarejestrowany:
     wrzesień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    18.01.12
    postów:
    1076
    Pod postem Oli podpisuję się ręką prawą i lewą. Nie ma tu nic do dodania w zasadzie, ale ciągle i niezmiennie śmieszy mnie takie podważanie diagnoz. Bo ja wiem lepiej, bo ja siebie znam, bo ja się leczę od X lat, bo ja to, bo ja tamto.

    Lekarze nie są nieomylni, ale jednak zdrowych ludzi się nie leczy. Średnie mam zaufanie do naszej służby zdrowia (wsio rawno, czy mówimy o zdrowiu fizycznym, czy psychicznym), ale mimo wszystko skłaniam się ku opcji, że panowie w kitlach wiedzą o chorobach trochę więcej ode mnie, bo jestem grafikiem /programistą /stylistą, a nie lekarzem. Mogę im zrobić co najwyżej reklamę gabinetu, stronę, albo ubrać ich na bal łapiduchów, ale jeżeli chodzi o leczenie nie będę się wymądrzać, chociaż znam siebie całkiem nieźle. Pani doktor potwierdziła najwyraźniej to, co my sobie tutaj cichaczem podejrzewamy i co widać, na kilometr widać. Nie chodzi o bezgraniczne zaufanie, bo jakiś tam margines zawsze zostawić sobie można, ale podważanie diagnozy argumentując to "znaniem siebie" jest zwyczajnie śmieszne.

    A tak w ogóle to ludzi dzielimy na tych zamkniętych w psychiatrykach i tych, których jeszcze nie przebadano.



  • Posted: 20.08.2011, 09:58
     
    shandra
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     lipiec 2011
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.09.11
    postów:
    31
    Aj to nie tak. Wiesz mogę wątpić w diagnozę lekarza, a lekarz może się mylić lub nie.
    Pójdę do swojego lekarza, z poprzedniego ośrodka, a on może tą diagnozę uznać za błędną, albo za słuszną, Jak bym uważała, że znam się lepiej, to nie szłabym przecież do lekarza. a że uważam, że panowie i panie w białych kitlach znają się lepiej, to idę. Jedna rzecz. Druga rzecz, że każdy miałby chyba więcej zaufania, do człowieka doświadczonego w zawodzie, który w swej pracy się sprawdza, świadczy o tym choćby tytuł kierownika, którego wydaje mi się nie miał od początku mojego tam leczenia, jak i fakt, że bardzo mi pomógł.
    Dla porównania mam dwie koleżanki, co je spotkałam (lecz znałam już dużo wcześniej) na oddziale w szpitalu. Obie wyszły z tą samą diagnozą co ja, jedna miała nawet te same leki, druga inne. Po 10 latach... One obie są, a conajmniej obie były i jedna jest nadal na dnie, a ja nie. Jednej lekarze dwóje dzieci zabrali tuż po porodzie, bo jej stan psychiczny mieć dzieci nie pozwalał, a ja choć nigdy mieć dzieci nie chciałam (zawsze czułam że byłabym zła Matka) dwa lata temu zaczęłam słyszeć od wszystkich wokól, że byłabym dobrą Matką. Ja też nie ćpam, nie chleje, jak one obie. Skończyłam szkołe, w przeciwieństwie do każdej z nich. Pracowałam jak człowiek i sprawdzałąm się w swojej pracy. w kwietniu miałam własną firmę zakładać. Już miałam prawie wszystko gotowe, przedwstępny projekt strony (sklep internetowy) kontakty biznesowa ponagrywane, biznes plan już tylko trzeba było w jedną kupę zebrać. Miałam list polecający z instytucji która mnie szkoliła żeby łatwiej mi było o dotację, eks pracodawca obiecał mi wystawić jaknajlepsze referencje... Zrezygnowałam, zatrzymawszy się na moment i pytając siebie, czy ja na pewno tego chcę? czy poczuję się spełniona? Co z tego, że lubię robić biżuterię (miał być sklep z autorska biżuterią), ale przecież nienawidzę komputerów. Będę może i miała dużo kasy, ale co z tego? Samoświadomośc i samoregulacja o której Ola pisała wcześniej. Odsunęłam się od pomysłu, bo ja potrzebuję ludzi. Chcę pracować z ludżmi i dla ludzi, a nie dla ich rządz, bo ewentualnie tak to można określić.
    Potem sie posypało, najpierw sparawa z Tatą w maju, teraz z tym Piotrem, czy z tym ośrodkiem...
    W kaźdym razie, wiem że nie osiągnęłabym tego wszystkiego, bez mojego lekarza. I nie wiem czy inny pomóc by mi potrafił tak jak on. Bo tu nawet nie chodzi o diagnoze, czy diagnozy, on miał do mnie podejście, takie jak w tym zawodzie mieć (do mnie) powinien. Tak mi się wydaje. Znaczy widzisz, jakby powiedzmy, byl 100% jednomyślny z tamtą Panią...ale gdybym tych 10 lat temu trafiła do tamtej Pani (z tym, że ona wtedy to chyba ledwo szkołe średnią robiła, sądząc na oko po wieku), to ta pani w taki sposób, by mnie nie była w stanie przekonać, że mam brać leki gdybym brać ich nie chciała. A teraz nie jest tak, że nie chcę, tylko nie chcę akurat tych. Bo brałam i mi się gorzej po nich zrobiło, podczas gdy i tak, moje ówczesne "dobrze", jakie czułam przez tydzień zanim zaczęłam je brać, to od standardowego dobrze jeszcze bylo w znacznym dystansie. Przekonywała mnie i powiedzmy, że mnie przekonała, ale to dlatego, że ja się tak zdesperowana czuję i tak kompletnie nie wiem już co robić i jak, a do tamtego lekarza, to mogę iść w przyszłym tygodniu dopiero. i tylko dlatego.
    A tamten gośc? Kurcze ja większośc tych lat, ostatnich zwłaszcza, poddwałam w wątpliwość, czy na pewno mi potrzebne te leki? Ludzie też niektórzy mówili, że po co ja je biorę, przecież już jest dobrze ze mną od dawna, ale on mówił, że brać i mówił to tak, że nie było już źadnych więcej pytań, rozmów, ani szans sprzeciwu. Jak tam czasem gdzieś wyjechałam i nie wzięlam ze sobą, potem przychodziłam dostawałam burę, z góry na dól... czasem pytałam jak długo jeszcze, zwykle dowiadywałam się, że w latach... albo bezterminowo, ale któregoś razu powiedział, że teraz to już mogę przestać brać te tabletki w każdej chwili, jeśli tylko przestanę ich potzrebować. To było chyba na początku tego roku, gdy przyszłam właśnie po receptę. Wtedy jeszcze brałam... Ale przestałam nim skończyłam całe opakowanie. Potem zmieniłam ośrodek, bo z usług tamtego lekarza już nie planowałam korzystać, a terapeuta mnie oddelegował, do psycholga też tam nie chodziłam, odkąd "moja Pani" zrezygnowała z pracy w tym ośrodku, a póżniej poznałam Wieśka-czyli terapeutę. A nowa Pani doktor (taki ośrodek, że najpierw musi przebadać psychiatra) powiedziała: "dobrze, że Pani nie bierze leków. Ja to popieram. Uważam, że nie są Pani potrzebne".
    Kilka razy to powtórzyła w trakcie pierwszej rozmowy... A ja przyszłam do niej mając właśnie wątpliwości, czy robię dobrze. Powiedziałam szczerze, że trochę się Dr Housem sugeruję, który na kolejnych odcinkach serialu walczy, ze sobą by nie wziąć swojego dropsa, pomimo napadów dziwnośći. "Byłoby dobrze gdybyś żyła tym co masz w głowie". "Myślałaś o maturze?" itd.
    A co ja mam w głowie, to mi ostatnio kolega laik uświadomił, a ja muszę poszukać naukowego odpowiednika wyjaśnień na necie. tzw "syndrom złamanych serc" potocznie to ponoć i lekarze tak na to mówią. Nie wiąże się to wcale, z tym, że kogoś chłopak rzuci lub dziewczyna. Często wiąże się to np z rozwodem rodziców, z porzuceniem przez rodzica, czy rodziców, ze zdradą przez najlepszego i najbardziej zaufanego przyjaciela. Ja bym na swój rozum określiła to tak, że jest to wtykanie sobie do głowy na siłę, na siłę pomimo przeciwności całej swojej inteligencji emocjonalnej i przykrych doświadczeń i nazywanie tego wiedzą, rozumem, mądrościa, a intelekt... co się z nim dzieje nie wiem, coś jjakby w dupie go mieć za przeproszeniem, zdegradowany to roli "jesteś to jesteś a jak Cie nie ma to też niewielki kram"
    Dlatego po częsci z perspektywy czasu uważam, że narkotyki to było dla mnie zbawienie. Gdyby nie to, nigdy nie trafiłabym na żadno leczenie. A było mi potrzebne po rozwodzie rodziców. Teraz też... i teraz...też radziłabym sobie z tym wszystkim inaczej, gdyby nie to co przeszłam i to, że wiem, że wszystkie drogi, które widzę, które znam, którymi jestem w stnie podąrzyć, (wszystkie?) które są... SĄ ZŁE, BO ŹLE PROWADZĄ.
    Walczę ze sobą. Zeby nie pozwolić sobie czuć się tak podle jak się czuję, ale żeby też nie pozwolić sobie przyjąc to, jakby tak miało być, że ktoś znów mi złamał serce, ktoś czy coś. żeby nie zacząć ćpać, nie zacząć chlać, żeby w łeb sobie nie strzelić, albo żeby nie zacząć szukać emocjonalnego ciepłą, szukając innego chłopaka. Również, żeby osobom bliskim nie zrzucać całego mojego ogromu bólu, który jest stokroć większy niż ja i czasem myślę, że serce mi zaraz pęknie, dosłownie, że pęknie na amen, na śmierć.

    I co wy o tym buncie? Mówię, że chcę iść do innego lekarza, to nie dowód, że chcę się buntować, tylko, że chcę się przekonać. Utwierdzić w słuszności- swojej czy Pani doktor, co za rożnica? Dlaczego oceniacie, szybko i bezwzględnie, nie pytając o nic, w czyjej sluszności i nazywacie to buntem?


    I jeszcze jedna rzecz. Argumentowanie znaniem siebie, buduję na podstawie słów tej samej Pani Dr.
    Gdy pytałam na co chce mnie leczyć, na co te tabletki? stwierdziła "wyrównują nastrój". ok ale w jakim przypadku się je stosuje?(myślałam o antydepresantach, ale nie chcia łam jej sugerować), nie miała konkretnej odpowiedzi, stwierdziła, że co ona może powiedzieć, ona mnie jeszcze nie zna, drugi raz się spotykamy, uważa że to nie jest normalne, ale nie wie jeszcze z czego to wynika, czy to jakieś zaburzenia, czy moja osobowośc, czy sytuacja....
    A ja wiem: to przede wszystkim sytuacja i osobowośc (albo w odwrotnej kolejności)), zaburzenia też, ale napewno ja je widzę inaczej niż ona. Nie znam się na leczeniu, dlatego np chcę iść do "Pana w bialym kitlu". Ale chcę iść do takiego, który tak samo mi ufa, jak ja jemu ufam. Bo to też jest ważne, żeby lekarz wierzył w autentyczność moich wypowiedzi, moich uczuć, mojego ja.
    Ja nie wiem czy tamta Pani sobie nie myśli, że ja to do niej przychodze po leki, po to, żeby się nimi naćpać.
    Inna sprawa, że mina nie zawsze jest odzwierciedleniem uczuć. Czasem jest wyrazem podejścia intelektualnego do jakiejś sprawy. Któs mnie zna, to wie, kiedy się śmieje z "powagi (sytuacji"), a kiedy to jest wyrazem tego co czuję. Ktoś mnie nie zna, to najłatwiej powiedzieć-jesteś niezrównoważona, niż zagłebić się tak do cna, w moje myślenie i odczuwanie.
    Na dodatek ja nienawidzę nieporozumien i niejasnosci, czasem spokojnie da się wszystko sobie wyklarować (wzajemnie między tymi osobami, którymi występują) a czasem nie tak łatwo i nie tak spokojnie. Kiedy się denerwuję, tracę kontrolę nad językiem (to przy Babci tak się podziało) nie umiem powiedzieć niczego logicznie, rzeczowo i spokojnie, nie umiem czasem nawet myśleć, wziąć się w garśc, opanować emocji. A że równocześnie, nie chcę wcale pozwolić wziąć im nad sobą góry... rożne rzeczy z tego wychodzą, zależy od poziomu zdenerwowania i rozmówcy mojego pewnie (też).

    A dlaczego tak nieporozumień nienawidzę? wyjaśnie na przykładzie z przed tygodnia. sytuacja w pracy "kasia powiedziała, źe to celowo jest zrobione, z takiego materiału którego ten klej nie klei, ale okazuje się, że jednak mu się udaje, a ostatnio gość już miał go kupić ale jak się dowiedzial, że nie klei PP to zrezygnował"
    to były moje słowa i teraz tak: ja sprzedaje klej cyjanoakrylowy. Kasia to koleżanka ze stoiska obok, ale też moja bezpośrednia przełożona (zbierzność imion) Kobieta, której wytłumaczyłam po co wyjmuję sobie na stoisko klej, którego nie da się otworzyć, bo opakowanie się zakleiło, wysłuchała tylko początku wypowiedzi i jej konca. Po czym powiedziała mojej szefowej, że ja powiedziałam, że ona mi powiedziała, że tak trzeba. Zadzwoniłam po pracy do Kasi, żeby jej powiedzieć jak było. Przypadkiem przy okazji dowiedziałam sie, że ma do mnie żal, bo wymyślam jakieś bzdury, ona mnie takich rzeczy nie uczyła. Chciałam coś wyjaśnić powiedziała, że "nieważne" ale z żalem. Nie wiedziałam o co chodzi, a dziś pamiętam swoje dokładne słowa, tylko dlatego, że dowiedziałam się o nieporozumieniu od razu. (choć przypadkiem). w przeciwnym razie zapomniałabym z czasem, a sprawy nie dało by się póżniej wyjaśnić. Tzn być może by się dało, ale zbyt często za podobne w mordę dostaje. Albo za to, że powiem coś niejednoznacznie, ktoś odbierze inne znaczenie, słow dokładnych nie pamięta ja też nie, ale on wie co słyszał, a ja czego nie powiedziałam i jedno z drugim pozostaje w konflikcie A sczera jestem jak mało kto. Czasem doskonale wiem, że gdy ktoś zapyta "co o tym myślisz?" a ja powiem szczerze, to dostanę w dziub, ponad to, że i tak sie tym nie zasugeruje, ale powiem prawdę, choć mogłabym powiedzieć, chociażby nie wiem. Z Kaśką miałam dokładnie taką sytuację, była załamana, tym jak ją jej szef potraktował, nie odzywalam się, wspólczułam jej bo sytuacja była przykra, ale uważałam, że miał rację. Przedstawiła mi cała sytuację, (tym bardziej uważałam, że miał racje) i zapytała co o tym myślę. Więc powiedziałam. Oburzyła się, jescze raz mi wytłumaczyła, mówiąc, że nie rozumiem, jescze raz jej powiedziałam, że rozumiem, ale jego też rozumiem-miał rację, a ona jescze raz i jeszcze raz i tak by było dopóki jej nie przyznam racji, a ona cały czas coraz bardziej wściekła była, a ja co raz bardziej nie wiedziałam jak do niej dotrzeć z tą prawdą, jak jej wytlumaczyć... Gdyby nie interwaniował kolega, z boku, jakoś spokojnie i dyplomatycznie rację jej przyznając, ale nie podważając kompetencji szefa i mojego zdania, to ja nie wiem co by było dalej. Ona nie dałaby za wygraną, a ja gdyby wciąż mówiła do mnie i tak bym stanowiska nie zminiła w sprawie... Przykre to było i trudne. Jakkolwiek czy to moja koleżanka przy okazji, czy nie, jest to moja szefowa, mogło się skończyć różnie.
    Jestem idealstką, faktycznie, świat idealny nie jest, świata nie zmienię, ale nie będę z drogi prawdy zstępować. Wpadam w konflikty przez to nieraz, np dążąc do prawdy, gdy ktoś inny już ją "zna" i nie chce tego "znowu przerabiać". Bo ja chcę. Chcę wiedzieć, czy to mój byl błąd, w tym co (jak) powiedziałam, czy nie. Czy ktoś cos (co i dlaczego) przeinaczył. Żeby na przyszłość moć sytuacji konfliktowej i niezręcznej uniknąć. Zeby móc się przyznać i przeprosić, albo żeby wiedzieć, na co uważać, u mojego rozmówcy. Czasem to owocuje i z celem się nie mija. Czasem ktoś mówi- idź w cholere (w domyśle), a czasem muszę się po prostu poddać, żeby nie było większych problemów, bo i tak nic z tego nie wynika.

    A co do lekarza, pisalam Oli na priv, że miałam na myśli, wziąć odpis kartoteki od tamtego Gościa i iść do tej drugiej Pani. Bardzo ją lubię. Fajna babeczka, na prawdę. Przyjemna i sympatyczna. Chętna i życzliwa, tylko jakoś tak, jakby mi nie ufała do końca, czy co...nie wiem, nie wiem, coś jest na rzeczy. Może to tylko moje zaburzenia (pojmowania) a może nie.



    napisany przez: shandra, 20-08-2011 - 12:13

    "...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
  • Posted: 21.08.2011, 13:21
     
    shandra
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     lipiec 2011
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.09.11
    postów:
    31
    Ale zaopatrzyłam się właśnie w kawałek wiedzy o borderline i pod tym to się też teraz mogę z całym oddaniem podpisać obiema rękami. Ze aż zacytuje nawet fragment, który coś mi uświadomił, chyba nie bezsłusznie:

    "Tradycyjna psychoanaliza stała się mniej popularną metodą niż w przeszłości, zarówno ogólnie jak i w przypadku samego BPD. Ten rodzaj interwencji został powiązany z nasileniem objawów BPD"

    Ale mi i tak wciąż w trzy i trochę elementów brakuje, by odnależć spokój, więc zapętlam się w analizę, by wiedzieć jak, gdzie, kiedy i dalczego ten brak, bo tylko tak to mogę rozgryzać, a przełknąc się nie da. A wtedy się pogrążam...

    Widzicie jestem przekonana, że to jest dużo bardziej trafne niż przypisywana mi niegdys nerwica, niż depresja, którą nazywałam to sobie sama, jescze przed chwilą, niż jakakolwiek mania, czy hipomania, niż choroba afektywna dwubiegunowa, o której pisze się niby podobnie, choć ta ostatnia jest typowa jest dla osób uzależnionych. i nawet nazwa jakby wskazuje na to, że to to samo... to jednak brzmi inaczej i dowiedziawszy się co to jest to borderline z tym się zgodze.
    Poczytałam trochę. Borderline się leczy tym lekiem przeciwko któremu się buntuję, antydepresantami też się leczy, nierzadko w połączeniu, antypsychotykami...

    Może nie ma potrzeby iść do swojego eks lekarza. On nie solidaryzuje się uparcie z innymi lekarzami, nieraz poitrafi czyjąś diagnozę głośno wyśmiać, ale jak ktoś robi coś, co on popiera, to go popiera, całym swoim autorytetem, a pacjenta opieprza, że poddaje w wątpliwość.
    Sadzę, że on by takie leczenie farmakologiczne poparl, co za tym idzie mnie opieprzył, bo co doktorka jeszcze mówi, to mówi, co ja rozumiem, to rozumiem, ale on gdzieś ma (zbedne?) gadanie, bo on się zajmuje leczeniem farmakologicznym jako lekarz specjalista psyciatrii, nie bawi się w terapeutę, psychologa, psychoanalityka do wynajęcia, od tego jest reszta personelu. Dlatego większość moich znajomych, którzy mieli, czy mają(?) problemy z narkotykami, albo ze zdrowiem po prostu, nie lubi tego lekarza i wybiera innego, albo inny ośrodek mając z nim już jakąś wcześniej styczność. Naprawdę tylko ja jedna, byłam mu "wierna", w moim środowisku. Gdy ktoś się dowiedział, że leczę się na Dębowej, na moją odpowiedż na pytanie u kogo? każdy krzywił się jak po cytrynie i mówił, że był u niego ale nie kontynuował tych wizyt, zmienił lekarza, ośrodek, bo jakoś nie lubił tego gościa. A ja bezwzgłednie go sluchałam i zawsze starałam się robić wszystko wedle tego co kazał, choć z natury jestem niby buntownikiem strasznym (cholera świat jest starszny. Spójrzcie co się stało wkoło. "Ludzie są po to, żeby życ i tańczyć, po to żeby mogli walczyć". "i nie będą nigdy lepsi", a ja się buntuję przeciwko zasranemu "schodzeniu na psy") a i też go nie lubię... no i tak jak pisałam wyżej, uważam, że warto było. Nie tylko ja tak uważam. A i tak jak mówiłam wcześniej, wiele ludzi uważalo, że jest już tak dobrze, że lepiej być nie będzie i tracę czas chodząc tam nadal i kasę kupując leki, które mi nie są już potrzebne. Ale on mówił, że mam brać. Nie tłumaczył za wiele. Brać i koniec. i okazywało się, że faktycznie będzie lepiej, że jest lepiej, że to widać.
    Raz przyszłam siedział w rejestracji jakiś inny gość, spoza ośrodka też lekarz, przyjaciel czyjś, zapytał z ciekwości na co się leczę, czym, bo mojego lekarza nie bylo a ja bylam wyrażnie niezadowolona.... Stwierdził, że te leki to chyba dostaję profilaktycznie, bo nie widzi u mnie, żadnych zaburzeń. Uśmiechnęłam sie podziękowałam i tyle mnie widział. A mój doktor wypisał kolejną paczkę dropsów, gdy znowu przyszłam grzecznie, się zameldować. I kolejną i kolejną i mam brać i brać. Gdy za ktorymś razem dał mi wybór- pisałam, brałam, potem przestałam, potem nie wiedziałam czy to dobra decyzja, inny specjalista stwierdził, że świetna... no a teraz inny specjalista, mówi co powiedzieć chyba faktycznie trzeba + rożne tam takie swoje, inne, których pewnie nie trzeba, ale o które nieraz pytam, albo odgaduję i sama zaczynam...
    Zobaczymy co z tego będzie. Jutro odzyskam ubezpieczenie.
    Waham się między terapią stacjonarną, zamkniętą w ośrodku (radzimowice) dla osób uzależnionych ale niekoniecznie czynnych, która poleciła mi Ola, a szpitalem psychiatrycznym. Mój Pan doktor, to by zapytał, dlaczego, kazał mi się zastanowić i pewnie też samej wyrazić ukierunkowaną chęć leczenia. Tak sądzę znając go już trochę.
    Waham się bo chciałam zacząć szkolę, a to już niedługo, przed szkołą poukładać parę rzczy i załatwić trochę spraw nie załatwionych, zdać to prawo jazdy, kurs też zaczynam w przyszłam miesiącu zawodowy, chcę znaleźć pracę, wyprowadzić się może jak dam radę finansowo, uczyć się do matury, a nic już nie pamiętam, tylko, że cholera w warunkach jakie mam (tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych) to ja nie wiem na ile jestem w stanie pokonać to co mi przeszkadza w osiągnięciu tego wszystkiego.
    Więc nie wiem co zrobić. Zastanawiam się czasem nad wroceniem do porzuconego planu własnej firmy. w sumie tylko z przyczyny takiej, że raz nie umiem jakoś znaleźć stałej pracy, dwa, chcę tym na przekór zrobić Piotra rodzinie, bo dam radę, wiem, że dam. No właśnie... dlatego po co mam to udowadniać? Komu warto? Kto chce wiedzieć CZY dam interesuje się moimi możliwościami i wie że dam, w sumie tylko przez namowy z zewnatrz odważylam się popatrzeć na taki pomysł rzucony przez kogoś z boku, poważnie.
    Unoszę się teraz narcystycznie? To co z tego skoro najważniejsze dla mnie środowisko mnie deprecjonuje? ( ;) typowe BPD)
    Pojadę grubiej, co mi tam, pośmiejemy się może potem razem... Byłam na zebraniu tego oriflame. Pani glośno pochwaliła moją kreatywność, a po spotkaniu, jeszcze raz tonem pełnym wrażenia, mnie doceniła i powiedziała, że naprawdę powinnam to wykorzystać.
    icon_confused
    "i co ze mną będzie doktorze? mam szansę z tego wyjść?" icon_rolleyes




    napisany przez: shandra, 21-08-2011 - 16:09

    "...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
  • Posted: 28.08.2011, 23:48
     
    shandra
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     lipiec 2011
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.09.11
    postów:
    31
    Wczoraj widziałam swojego niedoszłego szwagra. Stał w odleglości dwóch metrów obok mnie, przez kilka minut. Obok było dużo ludzi. Widział mnie. Wie, że ja go też, bo spotakały się kilka razy nasze oczy. Wiem, że mnie poznał, tym bardziej, że gdy podeszłam do swoich znajomych co stali obok niego, ktoś głośno mnie przywital wymawiając moje imię. A on udawał, że w ogóle mnie nie zna.

    Gdy ostatni raz się z nim widziałam, to mnie przytulił i powiedział "nie płacz, wszystko się ułoży", a może to był przedostatni raz? Tak, póżniej jeszcze przyjechał po paczkę dla Piotra i nie rozmawialiśmy długo. Potem wiele czasu minęlo, w między którym dowiedziałam się od Babci o jego dwulicowości, a teraz... żeby choć jeszcze patrzył na mnie cokolwiek wyrażając. Ale jego oczy mówiły tylko o obojętności.

    Pamiętacie jeszcze co tu bylo napisane, zanim mi zablokowano posta?

    JA; "(...)myślicie, że skoczę z okna w międzyczasie?"
    KARO; "skacz jeśli chcesz"
    JA; "nie chcę (...)"

    A teraz? Chyba dość trafnie mi się to udało ująć ostatnio: łaskę sobie robię, że żyję.
    Jeszcze niedawno byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemii. Zadowoloną z siebie, z tego co osiągnęlam, z tego kim jestem i co mam. Nie bez wad, ale gotową i chętną nad nimi pracować. Teraz nie mam nic, nie mam nikogo, nie wiem kim jestem, kim chcę być, ani kim być powinnam.
    Co raz słabiej odróżniam dobro od zła. Jeśli coś nie jest utartym już wręcz sloganem, jak np narkotyki są złe, samobójstwo to taka sama zbrodnia, jak spowodowanie cudzej śmierci... To ja po prostu nie wiem co to znaczy, nie mam zdania.

    "...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
  • Posted: 14.09.2011, 23:50
     
    Sowa
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    13.02.12
    postów:
    21
    Borderline leczy się długotrwałą terapią. Leki z reguły działają krótkoterminowo. Objawy tego zaburzenia można dopasować do każdego, jest to raczej zespół objawów. Wyszukiwanie definicji na internecie i przypisywanie sobie zaburzenia jest niezbyt dojrzałe. Polecam iść do dobrego psychiatry, opowiedzieć o sobie, o tym co Cię męczy i pozwolić mu (lekarzowi - raczej po kilku wizytach) wystawić trafną diagnozę. Jeśli nie będziesz miała ochoty rozmawiać, wydrukuj swoje posty i daj do przeczytania, ewentualnie zrób sobie krótkie notatki z tego, czym chcesz się podzielić na wizycie.

    Już samo wmawianie sobie choroby jest chore.

    Namiary do lekarzy specjalistów znajdziesz w internecie.











    _____________________________________________________
    Sowa - mega ściemniacz. Mądrość pojęcie względne.
  • Posted: 28.09.2011, 12:23
     
    shandra
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     lipiec 2011
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.09.11
    postów:
    31
    Pani Dr po kilku wizytach wmawiała mi manie. Ja się z tym nie zgadzam, bo leczyłam się już wcześniej lat wiele i nikt mi manii nie przypisywał, a objawy, które mogłyby o niej świadczyć były dużo ostrzejsze niż teraz. Ja mam taką osobowość po prostu, ale wraz z wiekiem objawy, odbierane przez Panią Dr jako objawy mani słabną. (Starzeje się, brak mi poprostu dawnej energii i entuzjazmu)

    Nie sądzę, że objawy, tego zaburzenia (borderline)można dopasować do każdego. Część objawów może, ale nie wszytkie naraz i tez z drugiej zaś strony, można też wyczuć, co mieści się jeszcze w normach, a co już nie.
    Miałam kilka spotkań z psychologiem, który miał mnie dodiagnozować. A psycholog tak jak i ja, bardziej się skłania ku diagnozie, że jestem borderline.

    W ogóle nie wiem po co byla ta cała szopka z psychologiem... Chyba po to, żeby Pani Dr zaczęła wierzyć temu, co mówię o sobie... Tak naprawdę nasze spotakania niczego nowego nie wniosły... Gość pobadał i doszedł do wniosków, które potem mi przedstawiał, a które dla mnie niczym nowym nie były. Jestem zdolna do introspekcji, więc dość świadoma siebie. Gdy chciałam znów się do niego zarejestrować, uznał, że tu się jego rola skończyła.
    Stosunek Pani Dr za to po sesji z psychologiem się zmienił. Skończyły się teksty w stylu: "Robi Pani rzeczy piękne", "ja na prawdę nie rozumiem dlaczego sobie Pani tak ujmuje"... Co prawda, przypomniałam jej te słowa, gdy ostatnio mnie niepochlebnie krytykowała (a raczej moje działania) i powiedziała, że dalej tak uważa, ale....

    Ze potrzebuję długotrwałej terapii, to jedna z rzeczy, które wiem napewno.
    Pani Dr jednak uważa, że nie jestem przypadkiem klinicznym i nie potrzebuje szpitala (ja tak uważałam jeszcze niedawno) i doradzała mi grupy. Pan psycholog zaś uznał, że moje problemy są za trudne na grupę. Indywidualnej terapii, udzielić mi nie chciał, o czym świadczy fakt, że nie pozwolił mi się do siebie zarejestrować na kolejną wizytę.
    Następnego dnia byłam u Pani Dr (ostatni czwartek), omówiłam z nią diagnozę psychologa (ale ona nie zdążyła jej jeszcze poznać jak się wtedy okazało). Co prawda, już z nim ją omawiałam, ale następnego dnia, mogłam więcej od siebie powiedzieć, spojrzawszy na to z większego dystansu, więc zarejestrowałam się do niej.
    Powiedziała mi, gdy pytałam kiedy mam przyjść, że myśli iż za miesiąc... wyszłam, ale ze chciałam z nią jeszcze pogadać, o jakiejś możliwości terapii, dokładnie o skierowaniu do psychologa, żeby mi może jednak spróbował pomóc... to zarejestrowałam się na nastepny poniedziałek. I dzięki Bogu, bo w niedzielę, gdy kładam się spać... emocjonalnie i nawet jakby rozumowo, bliska byłam połknięcia wszystkich antydepresantów jakie posiadam w domu. Chciałam zwrócić na siebie uwagę, żeby otrzymać wsparcie psychologiczne, ale świadomość, że mogłabym się naprawdę zabić, żadnej różnicy mi nie zrobiła (co mam do stracenia?- zapytałam siebie i zaśmiałam się gorzko). Tylko świadomość, że jutro mam wizytę, a do jutra jakoś wytrzymam, skoro wytrzymałam te dlugie miesiące, (miesiące, w których z bólu wewnętrznego aż mnie w łuk wyginało, gdy kładłam się spać, kaźdego dnia myślałam, że pęknie mi serce i gdyby nie mój ekshibicjonizm emocjonalny, tak by też napewno bylo)... Tylko ta świadomość, tej wizyty odwiodła mnie od pomysłu.
    Dostałam skierowanie na terapię indywidualną, szpital Pani Dr dalej uważała, za zbędny ("Pani nie jest chora, Pani ma zaburzenia osobowości", "Pani nie potrzebuje leczenia tylko terapii", "Pani dobrze rokuje na przyszłośc"). Zaczęłam krzyczeć, że mi wszystko jedno, potrzebuję pomocy, że czy jej się wydaję, że nie wiem, że po co tu jestem? Dlaczego przychodzę? tym bardziej, że miałam być za miesiąc. Zaczęła mówić znów o zaburzeniach opsobowości o tym, że wymagają długoterminowej terapii, a wtedy ja jej zacytowałam z internetu właśnie, że tak, że wieloletniej terapii, a często też hospitalizacji. potem już spokojniej mówiłam, że ja się wczoraj chciałam zabić, a w czwartek tu byłam. Gdzie mam szukać wsparcia w niedzielę wieczorem? Następnym razem moge nie miec dość siły. No i dowiedziałam się, że hospitalizacji "na odpowiednim oddziale. U nas nie ma takiego oddzialu. Ale jak się nie mylę, to jest w Krakowie, albo w Kobierzynie". Obiecała się dowiedzieć więcej i dać mi mi namiary. Tam nie trzeba skierowania, tylko bezpośrednio u nich przechodzi się kwalifikację.
    ...Ale może ta terapia indywidualna pomoże. Mam "dobre rokowania", czuję się też przeważnie zdrowo, dzieki lekom. (Choć, mówiąc iż czuję się lepiej skłamałabym. To nie tak. Czuję się zdrowiej po prostu i tylko tyle.) Zaczęłam szkołę i to na dwóch kierunkach, z której nie chcę rezygnować, jutro zaczynam szkolenie zawodowe... i... zdałam sobie sprawę ostatnio, ku mojej uciesze, że pomimo swoich problemów, które wciąż nieraz tak mnie przytłaczają jak te pół tygodnia temu... Znów pracuję nieformalnie, jako streetworker, a efekty tej pracy można zobaczyć. :)
    Jakoś się kręci. W oriflame działam dość aktywnie, (choć nie tak jak miałam w planach): organizujemy z dziewczynami dni urody, po całym ślasku w ramach promocji marketingowych, w zwiazku z tym najpierw trzeba też jezdić zeby zaproszenia porozdawac, a jak nie to są szkolenia, albo... cala gora problemow, ktore staram się jakoś ukladac i trzymac w ryzach, sypie sie na mnie i nic z tego nie wychodzi (dlatego nie tak aktywnie, jakbym chciala). Dlatego też sądzę, pani Dr mówi "robi Pani rzeczy Piękne", ale mnie to wcale nie cieszy i nie ma to nic wspólnego z tym, że sobie ujmuje. Z resztą jak dało się zauważyć, tu na forum i co potwierdzila Karo, jestem wyniosła raczej, niż ujmująca sobie. Ech, dośc mam. Analizowałam to w prawo i w lewo, wzdluż i wszerz, setki razy i wiem, napewno, że nigdy nie będę szczęśliwa bez Piotra... ale... co raz mniej też potrafię sobie wyobrazić, że po tym wszystkim będę jeszcze szczęśliwa z nim. ...A może nie chodzi o brak wyobrażni, tylko o brak wiary i strach?




    napisany przez: shandra, 28-09-2011 - 13:26

    "...Po paru latach Karol zrozumiał, że woli być szczęśliwy, niż zawsze mieć rację."
  • Posted: 28.09.2011, 20:50
       
    magnola
    oceń:
    moderator moderator
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    14.03.12
    postów:
    834
    Z tego co wiem to trudno jest znaleźć kogoś kto poprowadzi długotrwałą terapię pogłębioną na NFZ przynajmniej w Krakowie, moje znajome czekają od kilku miesięcy więc trzeba się nieźle starać, dzwonić, pytać żeby się gdzieś dostać, z tego jednej się udało, ale jej nowa pani psycholog powiedziała, że jeśli chce z nią mieć terapię musi zrezygnować z indywidualnej terapii w poradni uzależnień (swoją drogą nieźle trafiła, bo ta kobieta oprócz terapii pogłębionej w nurcie psychodynamicznym jest też specjalistą uzależnień i DDA więc ma full serwis), ale na grupie naszej może zostać. Ja z terapią pogłębioną miałam farta, nie szukałam, sama mnie znalazła przypadkiem, miałam okazję wejść w program dla osób bezrobotnych, z którego na teraz została mi psycholog i terapia:) Masz skierowanie na terapię indywidualną i to już jest coś, grupę w razie potrzeby pewnie też jakąś da się znaleźć, może nie koniecznie taką, na której wchodzi się głęboko, ale taką żeby mieć w grupie wsparcie nawet w sprawach bieżących. Podejmij tą indywidualną i zobacz jak będzie.

    P.S.
    "Kobierzyn" to potoczna nazwa Szpitala psychiatrycznego im. Babińskiego w Krakowie.



    napisany przez: magnola, 28-09-2011 - 20:51


    człowiek musi znacznie mniej, niż wydaje mu się, że musi
    i może znacznie więcej, niż wydaje mu się, że może...


    WT
  • Posted: 28.09.2011, 23:45
     
    Ewelinka^^
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     sierpień 2008
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    14.03.12
    postów:
    47
    "Nie ma ludzi zdrowych, są tylko nie zdiagnozowani".

    _____________________________________________________
    "Boli mnie obłuda naszych dążeń Teraz jesteś ze mną Jutro z moim wrogiem Spróbuj wytłumaczyć mi Dlaczego tak ma być"

Przejdź do strony: [-1] 1 - 2 - 3

Otwarty Portal Monaru
webmaster Mariusz Janiszewski