Po części się mogę zgodzić. Po ośrodku, jeżeli ktoś nie rozumie, że odpowiada za swoje czyny i nie będzie miał pod bokiem terapeuty,który zawsze błąd wytknie, wytłumaczy i pomoże się pozbierać, to się rozwali życiowo. W Monarze ok, praca jest, czas zajęty, ale najgorszą konsekwencją jakiegoś błędu czy walenia w ch**a jest dociążenie rodzaju dowolnego. W życiu? Kto nie pracuje - ten nie ma. Proste. Nie tylko zawodowo, ale także i przede wszystkim nad sobą. Bo siedzieć na dupie z dzieckiem na głowie i ciągnąć socjal to sztuka żadna, a ostatnio dużo się słyszy o takich przypadkach. Nie tylko po ośrodkach, ale ogólnie o ludziach niezaradnych życiowo, którzy cały czas kierują się zasadą "jakoś to będzie". Drażni mnie to i nie jest to żadną tajemnicą, bo chociaż wiem, że zawsze mogę liczyć na rodzinę, nie pracować tylko cały dzień zbijać bąki byłoby dla mnie uwłaczające. Choćbym za przeproszeniem srała kasą. Lubię się zabawić, wyjść na imprezę ze znajomymi, pojeździć na desce czy milion innych rzeczy, ale fakt, że mogę to robić jest wypadkową tego, jak żyję i że zarówno na możliwości rekreacji jak i przyjaźń pewnych osób sama sobie zapracowałam.
Co do info telefonicznego. bardzo dobrze, że nie udzielają informacji byle komu. Po pierwsze, obowiązuje ochrona danych osobowych pacjenta. Po drugie, zadzwonić i przedstawić się jako zatroskany przyjaciel przysłowiowego Józefa K. mógłby każdy.
