<!-- [site-name] -->  
Witaj gość - dzisiaj jest piątek, 12 marca 2010, 

pamięci Marka

Biografia
Marka Kotańskiego
Historia Monaru
"Ty zaraziłeś ich
narkomanią"

"Daj siebie innym"

nasze menu

 strona główna
 nasze linki
 FAQ - pytania i odpowiedzi
 nasze pliki
 nasze bLogi
 nasza galeria
 nasza księga gości
 Nasz czat

nasze placówki

Bullet5 ośrodki Monar
Bullet5 domy Markot
Bullet5 poradnie Monar
Bullet5 projekty Monaru

trochę wiedzy o...

 narkotykach
 narkomanii
 narkomania w literaturze
 narkomania w filmie

nasz najnowszy link

Click

Polityka Narkotykowa
Zapraszamy na kolejne seminarium Tomasza Piątka z cyklu Odwyk od pogardy. Polityka narkotykowa i two...
odsłon:202

nasze linki ]

nasz bLogariusz

licznik odwiedzin

Dzisiaj:64
W tym miesiącu:6403
W tym roku:38169
Ogólnie:1578020

Od dnia 08-01-2002

Przejdź do strony: 1 - 2 [+1]

Do dołu
Droga do trzeźwości mojego brata
  • Posted: 19.01.2010, 18:50
     
    czara
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2010
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    08.02.10
    postów:
    6
    To, niestety, jeszcze historia niedokończona. Brat aktualnie przebywa (6 miesiąc) w Zapowieniku w Opaleniu.
    Pisałam już na innym forum o tym. Pozwólcie, że powielę swoje wpisy tutaj (życzliwa osoba z tamtego forum odesłała mnie tutaj, jako do bardziej kompetentnej grupy)

    Będę wdzięczna, jeśli komuś zechce się w to zagłębić.
    "Hej!
    Jestem tu nowa i nie będę pisała o sobie a o swoim bracie.
    Nie wiem nawet czy w dobrym dziale, ale zupełnie nie wiem jak sie tu poruszać.
    Od siebie tylko tyle - nigdy nie ćpałam, nie wiem jak to jest, nie odróżniam narkotyków, nie zamierzam.
    Post piszę aby dowiedzieć sie jak pomóc bratu i jak z nim postępować.
    Nie wiem nawet co mój brat bierze - mówi że amfetaminę, ale ja sie nie znam, więc ptrzytocze to, czym mnie nakarmił.
    Mój brat ma 30lat. Nie wiem od kiedy ćpa. Mogę sie jedynie domyslać - to trwa już minimum 5lat!. Ja mam swoją rodzine, nie miaszkam z nim, nie widze go na bieżąco i nawet widząc go nie zauważałam, że ćpa. Dla mnie pojęcie narkomana jest abstrakcją i moje wyobrażenie o narkomanie było takie, że każdy narkoman wyglądem przypomina snujący sie cień, jakiś niebyt w oczach, brak kontaktu, rozmarzenie itp. A tu patrząc na brata okazało sie, że się wygląda normalnie!
    Ale do rzeczy - brat miał żonę, syna. Są po rozwodzie.
    Nie ma/nie miał stałej pracy, nigdy. Łapie sie gdzieś dorywczo, niby zarabia ale pieniędzy nigdy nie ma.
    Oczywiście mieszka teraz z mamą. Mieszka u niej już dwa lata, na życie w ciągu tego czasu dał jej łącznie 900zł (dokładnie raz 400, raz 500zł). Mając pracę, zarabiając pieniądze nic nie przybywa z tego ani w jego szafie, ani w pokoju, ani w lodówce. Nie płaci tez alimentów! Ma zasądzone jedynie 300zł i zalega już z tymi opłatami pół roku.
    I to nie jest tak, że potrafi zarobić w miesiąc 600zł. Zajmuje sie wykończeniami wnetrz i z tego kasa jest czterokrotnie większa.
    Ale teraz już wiemy, gdzie podziewają się pieniądze
    Nie wiem, jak to wszystko opisac, aby nie zanudzic i aby najwierniej odzwierciedlić sytuację.
    Może tak: domyslaliśmy sie, że cos jest nie tak, naprowadziła nas jego była żona. Rozmawialismy z nim, przyznał się. Ale zawsze mówił o tym w czasie przeszłym. Że owszem, że brał, ale to juz przeszłość. Że to gówno, syf i nigdy nie wróci. Będzie palił marihuanę, bo bez tego nie potrafi. Potrafił nawet opowiadać o tym. Wydawało mi si, że skoro o tym opowiada problemu nie ma. Poza tym, wydawał mi sie zawsze normalny.
    Miewał wybuchy agresji - ale odkąd pamietam zawsze taki był. Chwilami furiat. Co jest dla mnie dziwne, i co mama obserwuje to to, że gdy nie ma pracy potrafi przespać cały dzień! Potrafi jednego dnia pracować, pomagać. Drugiego nie chce mu się gniazdka przykręcić.
    Takie sinusoidalne stany. Wszystkich nas to wkurza, niezmiernie! Stary koń a mieszka u mamusi, nie ma stałej pracy, nie ma planów zyciowych, nie ma ambicji, dumy! Jak tak mozna żyć?!
    Próbowaliśmy z nim rozmawiac, że czas zmienić swoje zycie, że takim sposobem zgnije, sam. On to wszystko rozumie, on by chciał tylko musi miec pracę. Mówi, że musi miec pracę, ale sam jej nie szuka. Gdy sama do niego nie przyjdzie nie ruszy dupy! Potrafi tygodniami przeleżeć przed tv, kompem, spac do południa i .... pracy nie ma. Pracy nie ma, siedzimy dalej, śpimy. Ręce opadają. 30-letni facet a zero dorobku! Gdy ma pracę to jest zadowolony, lata podkręcony - bralismy to za dobrą monetę. Ale gdy kończy sie zlecenie kasy nie widać. Miał takie plany - kupic wiertarke, zrobic prawko (a właściwie je odzyskać, czyli od nowa zdac egzamin) - a pieniędzy nie ma! Przepracował miesiąc powienien mieć min. 3000zł a ma..... 230zł!
    Kilka dni temu szok: mama weszła do jego pokoju i przyłapała go JAK SOBIE WSTRZYKIWAŁ!! Zerwał sie na równe nogi, nie dokończył wstrzykiwania, wyrzucił to przez okno i mamie bezczelnie wmawiał, że się zadrapał (krew trochę poleciała). Poleciał do łazienki płukać rękę (o dziwo wkłucie było na zewnetrznej stronie przedramienia?!) i dalej próbował robić z mamy durnia. Wypierał się, bezczelnie sie wypierał!
    I puzzle zaczęły sie układać - nie ma kasy, bo ćpa! Mama czasm znajdowała slady krwi na umywalce w łazience ale myślała, że to od golenia. Kiedyś znalazła w piwnicy malutka igiełkę z jakąś białą na niej pozostałością - myslała, że ktoś wrzucił. I te stany - spanie, nicnierobienie. Był też taki moment, że był strasznie chudy. Złozylismy to na kark tego, że był sam (mama pracowała za granicą), nie miał pracy. Pieniędzy od nas napozyczał juz tyle, że bał sie prosić (zresztą obiecałam, że nigdy mu nie pożyczę bo nie oddawał).
    Kiedys u mnie w domu malował. W związku z tym mieszkal u nas tydzień. Wszystko było pieknie. Wieczorem sobie rozmawialismy, o jego "byłym" nałogu również. Starałam sie pokazac mu inne strony zycia, wspierac, że mimo, że rozwaliła mu sie rodzina i jakoś mu sie nie udaje złapac stałej pracy to nic nie jest stracone, to tylko taki moment w zyciu, wszystko sie ułozy! Nawet załatwiłam mu prace u znajomych (wykończeniówka) O, jaka naiwna byłam!
    I w czasie tego pobytu był moment, że któregos dnia nie dał rady wstac z łózka, pokładał sie cały dzień tłumacząc to okropnym bólem żołądka. Dziwne to dla mnie było, no ale...
    I teraz ostatnio u mamy też leżał cały dzien w pokoju, w pościeli tłumacząc to bólem zęba.
    I mama mówi, że do szału doprowadza ja takie jego spedzanie czasu! Bo to sie często zdarza i tłumaczy to tym, że nie ma pracy, nie ma co robic, więc śpi :O
    To zanurzyłam sie w lekturę amfetaminową, ale... nic nie rozumiem Większośc pisze, że wciąga nosem, łyka cos tam a nie ma nikogo kto sobie wstrzykuje.
    Wczoraj postawiliśmy mu ultimatum: albo leczenie albo się pakuje i wyprowadza. Ma dwa dni na podjęcie decyzji. Pomożemy mu jedynie w leczeniu, w innym przypadku niech radzi sobie sam.
    Wczoraj sam postanowił, że podda się leczeniu. Ale ja już mam wątpliwości, już wietrze w tym podstęp, że nas chce omamić.
    Napiszcie co powinnismy zrobić? Jakie kroki podjąć? Oczywiście mowa o tym - gdzie sie z nim udać i jak to załatwić. Wyszukałam w necie ośrodek Zapowiednik w Opaleniu albo Skarszewie. Innej terapii jak długoterminowa sobie nie wyobrażam. Co po kolei - lekarz, skierowanie? Jak?
    No i jeszcze jedno pytanie - skoro sobie daje w zyłe to to jest już gigantyczne uzależnienie, co? Z jaką częstotliwością sobie musi aplikować? Ile to może kosztować?"

    ad.1)
    "Heeeej!!!
    Nie uwierzycie! Brat jest w tej chwili na detoksie!

    Ale od poczatku. Umawialismy się dzisiaj na rozmowę. Układałam sobie w głowie setki rany, jak rozmawiac, jak po kolei, jak przemówić a i tak poszło bez scenariusza. Powiedziałam, że musimy pogadać, siadaj. Powiedział, że wie o czym i że nie chce mu się. Ale usiadł i słuchał. Ja nie namawiałam do leczenia, nie kazałam. Miałam powiedzieć, że od tej pory będzie mieszkał na innych zasadach. Nie zdązyłam, po wyrwał mi sie jakiś psychologiczno-mentorski monolog dotyczący życia. I to tak na spokojnie naświetlenie jak wygląda jego obecne życie i do czego to prowadzi. I pytanie jak on to widzi dalej? Spodziewałam się, że powie, że tak jak do tej pory i miałam wtedy wkroczyc, że od tej pory to zasady a on: muszę iść na leczenie! Wbiło mnie w fotel. Zapytałam, ćzy jest świadomy, czy sam tego chce czy robi to bo my chcemy? Bo jak robi to dla nas, pod przymusem to takie leczenie nie ma sensu i szkoda wspólnego szarpania. Za każdym razem stwierdzał, że chce sam, że nie widzi innego wyjścia. Takie moje pytanie i upewnianie padło jeszcze conajmniej 20 razy. Za każdym razem mówił, że chce.
    Był spokojny. Ale pewnie był naćpany. Wczoraj mama znalazła slady krwi na umywalce A ja dzisiaj obejrzałam dokładnie jego rece Straszne, ma pełno sladów po wkłuciach Wylewy podskórne. Chyba ostro jechał ostatnio A pisałam, że czyściutkie..... Bo były, ale to dwa miesiące temu.....
    No ale po tej informacji sama byłam tak zdezorientowana, że nie wiedziałam co robić. Myslę - trzeba działać! Natychmiast! Ostatnio szukałam ośrodka (pisałam o Zapowiedniku w Opaleniu), dzwoniłam tam w sobotę, ale nikt się nie zgłaszał. Odnalazłam nr w komórce - zadzwoniłam i spytałam co robić, skoro mam zielone światło?

    Xxxxx - dokładnie taka drogę zaproponowano - detoks a potem do nich. Dzisiaj był szczęśliwy dzień - na oddziale szpitalnym było wolne miejsce i w Zapowiedniku też jest!

    Pojechaliśmy do rodzinnego lekarza po skierowanie na odtrucie. W ogóle sie nie opierał ani nie miał wątpliwości! Na pytanie lekarki czy chce sie leczyc i co go do tego skłoniło, odpowiedział: tak, chce się leczyć. Mam juz dośc swojego zasranego zycia. Nic mi się nie udaje. Chcę z tym skończyć!

    I pojechaliśmy na detox. 50km od domu.

    Troche przykre, że detoksy przeprowadzane są w szpitalach psychiatrycznych, ale cóż... Narkoman nie do końca ma poukładane w głowie

    Wiecie, jestem podekscytowana. Jednak co chwila radośc miesza się ze strachem Bardzo chcę, żeby dał radę, żeby mu sie udało! Bardzo!
    Wiem, że to początek drogi (a tak mi ten tytuł do moich pierwszych postów troche nie pasował, ale pisałam w amoku, a teraz staje sie bardzo adekwatny!). Jeszcze sobie nie potrafie wyobrazić, ale domyslam sie, że bedzie ciężko.

    Trzymajcie kciuki, żeby sie udało. Ma syna, dla którego musi zyć i być trzeźwym ojcem!
    2-3 tygodnie i bezpośrednio ze szpitala jedziemy do Opalenia. Oby tak było!!!!

    Proszę, trzymajcie kciuki!"





    Pojechał. 12sierpnia zaczął terapię w ośrodku.

    "Co u brata? Chyba się trzyma Jest juz tam dwa tygodnie i jeden dzień. Podpisał deklarację - czyli zgodę na przymusowe leczenie na 6 m-cy. NIe wiem, jakie są procedury w innych ośrodkach. Teraz mamy na pół roku pewnośc, że tam będzie i będzie trzeźwiał i sie terapeutyzował. Mam nadzieję, że zechce zostać dłużej i całkowicie "się zaleczyć". Na razie cieszę się, że w ogóle tam jest i że podtrzymuje chęć trzeźwienia! "

    Po 3 m-cach:
    "Minął już 3 m-c pobytu na odwyku. Dalej nie mamy innego kontaktu niż listowny. Aby ten kontakt był inny (telefoniczny) musi się o to postarać mój brat. I tu wielki orzech do zgryzienia, bo taki przywilej jest dla osoby, która zdobyła zaufanie społeczności. A jak tu zdobyć zaufanie jak się jest zamkniętym w sobie? Taka hermetyczna skorupa jest też obroną przed zagłębianiem się w siebie, otoczenie i problemy. Mój brat pewnie wychodzi z założenia, że skoro nikogo nie krzywdzi, nic się nie odzywa, spełnia powierzone mu zadania to takie zachowanie daje mu prawo do ocenienia go jako prawowitego człowieka. Ha... Trudno jest ocenić kogoś, kto nie daje z siebie nic. Mam nadzieję, że w końcu to zrozumie, że zrozumie, że to koniec prowadzenia za rękę, że czas dojrzeć i podejmować własne decyzje, że czas wziąć swoje życie w swoje ręce. Czas chwycić ster.
    Zdaję sobie sprawę, że to trudne dla kogoś, kto nigdy tego nie potrafił albo komu wydawało się, że potrafi. Liczę na to, że w otoczeniu mądrych terapeutów on też to zrozumie. Już pojawia się jakieś światełko w tunelu, już zaczyna pracować nad sobą i mocno zaciskam kciuki, żeby to się rozwijało we właściwym kierunku.
    Tak bardzo tęsknię za nim........"




    I najświeższe info:

    "No i jednak coś się burzy Wczoraj brat przysłał list, że nie da rady tam dłużej być, że mu ryją beret, że to jest odwyk dla 16-latków, których trzeba zdyscyplinować, że nie chce tu być, że nie zamierza być ciotą itp. Wyjechali już jacyś tam jego koledzy i ciągle ktoś wyjeżdża. Nie wiem na ile to prawda, na ile zawiązał jakieś znajomości, na ile to były wyjazdy po terapii, czy rezygnacja? Pisze, że kadra jest OK, wszystko fajnie tłumaczy i da się z nimi porozmawiać, ale ludzie którzy tam są chcą każdego zdeptać i on nie wie, czemu to ma służyć? Czuje, że to nie jest ośrodek dla niego, on siebie tam nie widzi.
    Oprócz tego pisze, że przyrzeka, że więcej w to bagno nie wejdzie, że nie zawiedzie już ani siebie ani nas. Przyznaje, że nigdy w życiu nie miał tak długiej abstynencji i szkoda mu będzie teraz zaprzepaścić ten czas. Cieszy się, że jest trzeźwy i wie, że nie może w to wdepnąć, a nawet nie chce. Tak naprawdę to wie, co ma robić, żeby to się nie powtórzyło. Chce pracować i wie, że się da bez wspomagaczy. Przekonał się o tym właśnie w ośrodku. Chce w końcu stanąć na nogi i przyrzeka, że pokaże na co go naprawdę stać. Ma trzeźwy umysł i chce pracować na siebie i syna.
    Pisze, że jeśli nie da rady, to prosi żeby go wyrzucić z domu, ale obiecuje, że zrobi wszystko by tak się nie stało.
    Pragnie odrobić wszystkie swoje długi i mieć czyste konto i zacząć normalnie żyć.

    Prawie zacytowałam Wam list. I co ja mam o tym sądzić? Jeśli chodzi o sposób myślenia, przelania myśli na papier i w ogóle takiego wywnętrzenia się to mi się podoba. Czuję tu szczerość i w końcu jakieś emocje. I takie racjonalne myślenie, trzeźwe. Może to złudne, może za bardzo się nakręcam ale ja tu widzę przemianę. I to wcale nie oznacza, że cieszę się, że tak postanowił. To nie o to chodzi, bo uważam, że właśnie teraz zaczął się właściwy etap leczenia i mimo wszystko chciałabym, aby je kontynuował.
    Nie wiem, co mam myśleć. Nie wiem, czy to normalne, czy ten ośrodek rzeczywiście mu nie będzie służył?"



    Po tym fakcie brat miał "odkręcanie", po którym podjął decyzję, że jednak zostaje.
    Było wielkie uff do dzisiaj. Dzisiaj się dowiedziałam, że kadra przeczuwa, że jednak ma plany aby po półrocznej deklaracji zakończyć leczenie :(
    Co mogę zrobić, żeby jednak kontynuował? Te pół roku to chyba za krótko, prawie pewne, że sobie nie poradzi, co?
    Ech.... :(




    Opcja "wpisz" służy do tego, żeby nie pisać jednego postu pod drugim. Dziękuję.



    napisany przez: KARO, 20-01-2010 - 19:28
  • Posted: 20.01.2010, 21:06
     
    szuwar
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     październik 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    11.03.10
    postów:
    68
    "No i jednak coś się burzy Wczoraj brat przysłał list, że nie da rady tam dłużej być, że mu ryją beret, że to jest odwyk dla 16-latków, których trzeba zdyscyplinować, że nie chce tu być, że nie zamierza być ciotą itp. Wyjechali już jacyś tam jego koledzy i ciągle ktoś wyjeżdża.

    Odpowiedz mu że to co nazywa beretem to narośla rakowe.
    Nie ryją tylko wycinają.
    A jak nie zamierza być ciotą to niech się leczy jak mężczyzna.
  • Posted: 21.01.2010, 11:42
     
    magda000
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     grudzień 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    21.02.10
    postów:
    8
    Twój brat stracił 'wiarygodność' w moich oczach po liście, w którym pisał, że chce wyjść, że nie może tam dłużej zostać, ale tutaj już się tego nie dotknie, etc. Myślę, że człowiek, który zrozumiał w jakim bagnie siedzi, zdaje sobie sprawę, że bez pomocy jaką oferują mu w ośrodku daleko nie zajdzie. Wydaje mi się, że sam nie wierzył w to co pisze, była to zwykła bujda... I zaraz po wyjściu, przy pierwszej lepszej okazji, odpłynąłby...Ale na szczęście został tam...
    Też uważam, że dla człowieka uzależnionego 6 miesięcy leczenia, to zdecydowanie za mało... Ale musi dojść sam do tego, że chce tam zostać i kontynuować terapie....
    Trzymam kciuki za Was, powodzenia ;)







    __________________________________________________________

    "(...) Tylko tutaj nie muszę być gigantem z moich marzeń, czy karłem z moich strachów, (...) pomagając innym, mogę też odnaleźć siebie."
  • Posted: 22.01.2010, 11:25
     
    czara
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2010
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    08.02.10
    postów:
    6
    szuwarA jak nie zamierza być ciotą to niech się leczy jak mężczyzna.


    Mocne! Podoba mi się. Wykorzystam to w liście.


    magda000 Wydaje mi się, że sam nie wierzył w to co pisze, była to zwykła bujda... I zaraz po wyjściu, przy pierwszej lepszej okazji, odpłynąłby...Ale na szczęście został tam...


    Ech... a mi sie wydaje, że na ten czas wierzył w to, co pisał.... ale ja nie wierzę, że tak by było.
    Piszesz, że na szczęście został tam - niestety, to nic pewnego :( Za miesiąc kończy mu się deklaracja i czuję pod skórą, że on do tego czasu tam się "prześlizga" :(
    Ja się tego właśnie strasznie obawiam.
    Będę się obwiniała za to, że nie udało mi się go nakłonić do pozostania. Wiem to :(

    Podpowiedzcie mi coś - jeśli jednak tak się stanie, że zrezygnuje, że wyjedzie - co mamy zrobić? jak postępować?
    On ma tylko jedną możliwość - wrócić do mamy, do jej mieszkania, bo tu jest i zameldowany i tu przed ośrodkiem mieszkał. Wiem, że mama go przyjmie, że będzie miała nadzieję.
    Powiedzcie - co dobrze byłoby zrobić? Jakie wyjście?






  • Posted: 22.01.2010, 16:42
       
    magnola
    oceń:
    moderator moderator
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    11.03.10
    postów:
    723
    Jeśli zdecyduje się wyjechać z ośrodka - proponuję po konsultacji z terapeutą kontynuowanie terapii ambulatoryjnie (terapia indywidualna, grupa), do tego: podjęcie pracy, partycypowanie w kosztach no i bierze odpowiedzialność za swoje życie i swoje decyzje.
    Ewentualnie inny ośrodek nastawiony bardziej na terapię niż na dyscyplinę, chyba, że to tylko jego wymówka.

    czaraOprócz tego pisze, że przyrzeka, że więcej w to bagno nie wejdzie, że nie zawiedzie już ani siebie ani nas. Przyznaje, że nigdy w życiu nie miał tak długiej abstynencji i szkoda mu będzie teraz zaprzepaścić ten czas.


    W to bym nie wierzyła. To zdanie mnie najbardziej niepokoi. Jakby chciał wszystkich, a najbardziej siebie przekonać, że do tego nie wróci... Też tak mówiłam po półrocznej przerwie i bardzo chciałam w to wierzyć, zapewniałam tak siebie i innych po rezygnacji z ośrodka, że ja już wszystko wiem i że dam radę. Musiałam się dogrzać kolejne 4 lata żeby znowu spróbować się leczyć. Nie wierzę w takie gorące zapewnienia, w których nie ma cienia wątpliwości, w to, że nie boi się powrotu do domu i miasta, w którym ćpał, do którego teraz będzie się musiał przyzwyczajać, że nie boi się konfrontacji z normalnym życiem na zewnątrz.



    nie polemizuj z idiotą - najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu, a później pobije doświadczeniem

    WT
  • Posted: 01.02.2010, 08:04
     
    czara
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2010
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    08.02.10
    postów:
    6
    Dziękuję Wam za odzew.
    Szkoda, że taki mały.

    Dzisiaj historia się kończy. Brat wyleciał z za złamanie regulaminu. Przy okazji wyszła masa nieuczciwości. Kadra jednoznacznie stwierdziła, że nie zamierzał nad sobą pracować.
    Dla mnie to dramat. Dla niego? Nie wiem....
    Wywalono go dzisiaj w nocy. Bez grosza przy duszy. Do domu ma 450km.
    Nie wiem gdzie teraz jest? Co robi? Jak sobie poradzi?
    Miotają mną sprzeczne uczucia od współczucia po wściekłość.
    Nie wiem, jak się zachować?
    Mama oczywiście mięknie i czeka w domu :(
  • Posted: 01.02.2010, 12:37
     
    magda000
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     grudzień 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    21.02.10
    postów:
    8
    szkoda, że tak się stało, ale to może jeszcze nie koniec.
    niech sobie sam radzi, niech wraca na własną rękę, choćby na nogach. jeśli był taki cwany, żeby się w to ładować, a później jeszcze zawalić sprawę, to teraz też niech wykaże się tą swoją 'mądrością'.


    magnolaJeśli zdecyduje się wyjechać z ośrodka - proponuję po konsultacji z terapeutą kontynuowanie terapii ambulatoryjnie (terapia indywidualna, grupa), do tego: podjęcie pracy, partycypowanie w kosztach no i bierze odpowiedzialność za swoje życie i swoje decyzje.
    Ewentualnie inny ośrodek nastawiony bardziej na terapię niż na dyscyplinę, chyba, że to tylko jego wymówka.

    Spróbujcie czegoś z tych rzeczy...

    gdy kiedyś znajomy po długim leczeniu, wrócił do nałogu, wszyscy się od niego odwrócili... nie mogłam tego znieść, serce mi pękało. przyjaciele, rodzina, znajomi, ludzie z ośrodka... i dopiero gdy dotknął dna, kiedy zobaczył, że nie ma nikogo, wtedy się ocknął. mamie będzie najtrudniej, ale musi to zrozumieć, robi to dla niego.








    __________________________________________________________

    "(...) Tylko tutaj nie muszę być gigantem z moich marzeń, czy karłem z moich strachów, (...) pomagając innym, mogę też odnaleźć siebie."
  • Posted: 02.02.2010, 11:37
     
    szuwar
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     październik 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    11.03.10
    postów:
    68
    Historia sie nie kończy.
    Mnie wyrzucili z Czerwonego dworku po tygodniu.
    Paliłem papierosy mimo zakazu.
    Do tego układy z nowicjuszami.
    Wyrzucili mnie wieczorem, bez pieniędzy, w styczniu.
    W tamtym momencie byłem wściekły i rozgoryczony.
    Teraz muszę przyznać że było to jedno z najważniejszych doświadczeń zyciowych.
    Kiedy ponownie trafiłem do ośrodka, unikałem jak ognia nieuczciwości.
    Postaraj sie wytlumaczyć matce, niech od razu wyśle go do innego ośrodka.
    Pozdrawiam i życzę szczęścia.
  • Posted: 02.02.2010, 15:09
     
    czara
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2010
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    08.02.10
    postów:
    6
    Brat jest już w domu. Poradził sobie, przyjechał bardzo szybko.
    Jaki on jest inny!!!! Nie ta sama osoba, którą pamiętam! Spokojny, opanowany,
    łagodny, cierpliwy...
    Dosyć!
    Powodem wywalenia było złamanie abstynencji seksualnej - nie do końca pełne, bo był
    pocałunek i rozmowy (ale "coś więcej" było kwestia czasu). Bajerował 17-nastolatkę.

    O ile wczoraj był rozgoryczony i wzburzony i negatywnie postrzegał ośrodek i zasady
    o tyle dzisiaj żałuje że tak się stało i że stamtąd wyleciał.
    Miał w planach odkręcanie, ale ubiegł go jakiś kolega, z którym razem "kombinowali".
    Pewnie to można byłoby odkręcić, ale regulamin jest sztywny i polemiki tu nie ma.

    Brat jednak do innego ośrodka nie chce, nie chce od początku tego samego przechodzić,
    chociaż teraz dokładnie wie, jak powinien się zachowywać.
    Na dzień dzisiejszy szuka pracy i chce sam o sobie stanowić.
    Narkotykom stanowcze NIE (ale ja wiem, że teraz to jest silne i w to wierzy, jednak z biegiem czasu
    może być różnie).

    Chciałabym, żeby pojechał do innego ośrodka.
    Mama nic nie może, za miękka jest, nie potrafi. Cieszy się, że jest.
    Ode mnie brat ma zasady i ultimatum - skoro nie podejmuje leczenia zarabia i daje na utrzymanie i respektuje
    wszystkie zasady w domu, jeśli noga mu się powinie (znaczy zaćpa) wylatuje z domu bez podania ręki.
    Najchętniej widzimy go na kontynuacji leczenia - ośrodek, terapia i tu ma naszą pomoc.

    Wiecie, dzisiaj mu wierzę. Nie wiem jak długo :(
  • Posted: 03.02.2010, 19:10
     
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    14.02.10
    postów:
    772
    Nie ma szans utrzymać abstynencję. Taka jest prawda i nie ma co się oszukiwać. Mój syn był w Zapowiedniku 16 miesięcy jeszcze jak Basia żyła założycielka ośrodka zmarła w zeszłym roku. Teraz go prowadzi córka z mężem i reszta terapeutów. On może i święcie w to wierzy że już nie zaćpa ale nie ma takiej mocy moim zdaniem aby wytrwał. Za krótki pobyt i za mała wiedza jak ma sobie radzić z choroba. Pierwszy rzut chorobowy i wyleciał. Nie napisałaś z jakich terenów jesteś?? Może by jednak pomyślał i wrócił do ośrodka do Opalenia teraz bo do Zapowienika go nie wezmą albo do Kurcza koło Czerska, kiedyś też razem współpracowali z Zapowiednikiem i Opaleniem potem sie rozstali. Mieli inne zdanie na temat leczenia jak Basia. W Kurczu teraz tez pracuje mój syn. Myślę że warto mu podpowiedzieć i otworzyć oczy że nie ma takiej siły aby wytrwał bez dalszej terapii.

    Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
    Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983

    Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
    Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
  • Posted: 08.02.2010, 03:53
     
    Qantii
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     luty 2010
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    02.03.10
    postów:
    3
    Witam serdecznie :)

    Co prawda to mój pierwszy post na tym forum, ale juz od dłuższego czasu poczytuję go z "ukrycia" ;)

    Chciałam dodac coś od siebie w sprawie Twojego brata Czaro.

    Niewątpliwie jest on dorosłym człowiekiem, choć zapewne mentalnie zatrzymał się w czasie gdy pierwszy raz sięgnął po narkotyki. Natomiast nalezy go traktowac jak trzydziestolatka, jesli ma kiedykolwiek poradzić sobie z dragami. Przede wszystkim musi zacząć ponosic konsekwencje swoich czynów. To on jest odpowiedzialny za swoje zycie (i nie tylko , bo jest ojcem) i on sam musi zacząc je sobie układać. Nie wy za niego.

    To on wraca do domu swojej matki, nie własnego, więc waszej mamy zadaniem jest KONSEKWENTNE postawienie mu warunków, na jakich zasadach ma on z mamą mieszkać. I co go spotka w razie niedotrzymania. Konsekwencją wychowuje sie małe dziecko, i konsekwencją pomaga się narkomanowi wrócić na normalną drogę. Musi miec świadomośc odpowiedzialności za swoje zycie, a nie że wy ja z niego zdejmujecie. Inaczej nie poradzi sobie, życie go złamie.

    List od twojego brata jest wręcz "klasykiem" systemu iluzji i zaprzeczen jakie sobie buduje człowiek uzależniony, szykując grunt pod powrót do domku ;)

    Ale nie o tym rzecz :)

    Jesli chcecie dac mu szansę na pozostanie w domu, musi bezwaruknowo zaakceptować pewne ramy, jakie mu wyznaczycie. Kontakt z terapeutą, praca na grupie np. NA, szukanie i znalezienie (!!) pracy ( dac mu jasny termin, nie że nie może znaleźć, sami zauwazycie czy lata za robotą czy snuje się bez sensu), partycypowanie w kosztach utrzymania, plan działania na najbliżyszy miesiąc, cele i założenia. Jesli nie da rady, zaćpa, 2 dni na znalezienie ośrodka. Nie znajdzie , do widzenia z domu ( tu też sami zobaczycie, czy wydzwania i szuka, wtedy mozna dac mu jeszcze 1-2 dni, czy tylko gada, wtedy krótka piłka).I oczywiście , jesli stanie na nogi finansowo(3-4 wypłaty), wyprowadzka z domu, na własne, jest dorosły, musi sobie sam radzić. Zbyt wiele powałek widziałam, kiedy synek za długo zył przyssany do mamy.

    Ma to o tyle dobre strony, że jak mu się nie uda, będzie miał niezbity argument, że bez stacjonarnej terapii nie poradzi sobie.

    Jestem z Gdańska, jesli mieszkacie w okolicach, w Gdyni funcjonuje świetna poradnia w Gdansku z resztą też. Ewentualnie polećcie mu poszukać ośrodka o innym trochę profilu, gdzie leczy się więcej dojrzałych osób, wiem, że np. Nowy Dworek ma m.in. filię dla "starszej" młodziezy :D Z resztą sam ośrodek jest z gatunku tych, które wyegzekwują (i pomoga) partycypowac w kosztach utrzymania dziecka ;) Niektóre ośrodki bardziej stawiaja nacisk na wychowanie, bo trafiają tam przede wszystkim młodzi ludzie, lub nastolatki, inne sa mocne w psychoterapii. Twój brat jest raczej ukształtowany i byc moze bardziej przydałby się mu kontakt z terapią stricte grupowąi indywidualną, nie tylko z praca w ramach społeczności.

    Jesli będzie się starał i radził sobie, dac mu wsparcie, ale mądre... Musi wiedzieć że macie problem z zaufaniem mu, że macie do niego cały czas żal, bo te lata nie rozpłynęły się w niebyt . Musi zdawac sobie sprawę, że niestety na poprawne realcje pełne czułości i zaufania, musi sobie zapracowac.

    Mamę namów na grupę wsparcia, łątwiej będzie sobie radzić z ewentualnymi problemami i nie da się tak łatwo zwieść zasłonom dymnym dość świeżego abstynenta ;)

    Trzymam kciuki za bracholka :)

    A co do ostatniego posta kolegi Józefa:)

    Nie tylko ośrodek jest drogą do abstynencji. I nie mozna każdemu mówić, że bez ośrodka nie da sobie rady. Owszem, on bardzo ułatwia sprawę, bo nad procesem abstynencji czuwają specjaliści, ma się ogromne wsparcie w grupie, nawiązują się przyjaźnie itd. itp.

    Ja poradziłam sobie bez ośrodka i w sumie mam już ponad 8 lat abstynencji. Byłam w kilku, raz dłużej raz krócej. Nie odniosło to skutku. Widac ta droga nie była dla mnie. Nie zaakceptowałam tez NA ani terapii indywidualnej. Może po prostu któregoś dnia zebrałam w sobie tyle siły , że wzięłam swój los we własne ręce i już więcej dragów nie dotknęłam. Teraz nawet nie odczuwam ich braku, nawet o nich nie pamietam, moje zycie ma inne priorytety i problemy, kompletnie spoza nałogu. Udało mi się tę to zrobić pomimo że nie zmieniłam miejsca zamieszkania i nadal mieszkam w tym samym mieście. Ale oczywiście nie dla każdego jest to droga. Wręcz dla nielicznych.
    Jesli chodzi o Zapowiednik... Znam też osoby które po ok 6-10 miesiącach po przerwaniu terapii , wyjechały z ośrodka z Zapowiednika i z powodzeniem kontynuują leczenie ambulatoryjne, może nie jest im łatwo, ale radzą sobie, niektórzy już ponad dwa lata. Tu nie ma jednoznacznej rady, każdy z nas jest inny, jeden poradzi sobie po "bitym Monarze" ,inny po Minnesocie, jeszcze inny po ambulatorujnej, a nawet (mam takiego przyjaciela) poprzez praktykowanie Zen :) (Trochę zabawne, ale facet jest trzeźwy już 11 lat :))

    Tym niemniej zawsze bede polecać ośrodek wtedy, gdy delikwent pomimo kontraktu ambulatoryjnego, łamie abstynencję. Wtedy nie ma innego wyjścia, ośrodek jest nalepszym rozwiązaniem.

    Pozdrawiam też Magnolę, znamy się z trochę innego miejsca wirtualnego :)



    P.s. Jeszcze coś malutkiego chciałam dodac od siebie :)

    Przeczytałam wiele postów na forum, chodzi mi szczególnie o róznego rodzaju krytyki pod adresem ośrodków ;)

    Powiem dość ogólnikowo :)

    W swojej karierze zwiedziłam ich z 8 sztuk :D choć tylko w jedym w zasadzie mogłabym powiedzieć że dobrnęłam prawie do końca :D. W jednym też pracowałam na etacie terapeuty około roku.
    Sa ośrodki (przynajmniej dla mnie ) bardziej i mniej wiarygodne. Ale nie zamierzam tutaj przedstawiać jakiegokolwiek rankingu, bo moja opinia nie jest obiektywna. Ale na jedną rzecz chciałabym zwrócić uwagę. W tych ośrodkach pracują zwykli ludzie. Czasmi mniej kompetentni, czasem bardziej, Czasem strzelają w dziesiątkę, czasem popełniaja karygodne błędy. Czasem ich intencją jest czysta pomoc człowiekowi, czasem w pokoju terapeutów rozgrywa sie istna wojna o władzę. Czasem pracują w nich ludzie godni najwyższego szcunku, czasem górę bierze żądza zawładnięcia tym słabszym i czysty autorytaryzm. To bardzo obciążający zawód i łatwo sie pogubić, w tym co dobre dla tego potrzebującego. Ze swojego doświadczenia, dla mnie najbardziej wiarygodny jest osrodek, w którym panują przejrzyste zasady, jest czytelny regulamin i dba się o realizację poszczególnych planów terapii.Zatrudnieni sa specjaliści, lekarz psychiatra (przynajmniej dochodzący), psycholog, a najlepiej terapeuci zajęciowi. I oczywiście nie ma problemu z kontaktem z terapeuta, jesli chodzi o rodzinę, rodzic nie jest zwodzony, odsyłany, lekceważony. Jesli pacjent nie zastrzegł inaczej, rodzina ma pełne prawo do doinformowania sie o stanie swojego dziecka, bo tak stanowi prawo!!! A jesli terapeuta ma to gdzies to popełnia wykroczenie. Terapeuta to nie Bóg i car, tylko drugi człowiek, który może się pomylić, ale tez jest zobowiązany do przestrzegania pewnych standardów sztuki. Nie czarujmy sie, lekarz który zaszyje chustę w brzuchu pacjenta, moze stanąć przed sadem. Podobna odpowiedzialność stoi przed terapeutą. Na szczęscie większość z nich staje na wysokości zadania, choc niestety zdażają się i czarne owce, jak wszędzie. Co do pracy jak terapeuta .... Bardzo źle jest, jesli młody człowiek świeżo po ukończeniu terapii, przeskakuje na ta "drugą stronę".. To jest standard, że większość z osób które kończa leczenie, chce zająć sie pomoca innym, w sensie profesjonalnym. Najpierw trzeba pozyć trochę w realnym zyciu, pozmagać się z problemami, a ew. później zabierać się za "terapeucenie". Ja czekałam zbyt krótko i okrutnie się sparzyłam, skutecznie mnie to zniechęciło do kontynuowania pracy w tym kierunku, choc już byłam w trakcie studów w zawodzie. Najlepiej poczekac z 4-5 lat, a ew. póxniej spełniać swoje marzenia :) Choć z reguły po takim czasie u 95% wietrzeją takie pomysły :)




    napisany przez: Qantii, 08-02-2010 - 05:35
  • Posted: 08.02.2010, 09:56
     
    czara
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2010
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    08.02.10
    postów:
    6
    Dziękuję Qanti!
    Twój post i Twoje słowa są jedyne, które nie przekreślają i nie podważają trwania w trzeźwości. Dzięki za tę otuchę.
    Sama w myślach tysiąckroć się zastanawiałam, czy jest ktokolwiek komu się udało za pierwszym razem i z niedokończoną terapią.
    I o ile udało mi się w to uwierzyć o tyle trudno mi w tym rzędzie ujrzeć brata. A może stanie? :)
    Jestem tak totalnie skołowana, że naprawdę nie wiem, co myśleć. Moje zachwiania emocjonalne przekładają się na zachwiania w działaniu :(
    Sytuacja jest dla mnie zupełnie nowa, dotyczy bliskiej mi osoby, bardzo mi zależy, żeby było dobrze... Szukam zatem porad, sposobów, zachowań, recepty, gwarancji... Wiem, że nikt mi jej nie da, wiem, że z nikim/niczym nie da się porównać, wiem, że nie ma dwóch takich samych przypadków, wiem.... wiem..... I wiem, że tylko czas wszystko pokaże i wyjaśni.
    Niemniej jednak informacje, które od Was dostaję bardzo mi pomagają. Chociaż paradoksalnie robią mi niezły mętlik.

    Jesteśmy ze skrajnie wschodniej Polski. Z poradniami jest u nas baaardzo ciężko. Próbowałam tam coś znaleźć (dla mamy), z marnym skutkiem. Wszyscy specjaliści zajmują się głównie problemem alkoholowym, grupy wsparcia są też tylko dla AA. Jest dwóch specjalistów od narkomanii, ale są to osoby nieuchwytne i na ciągłych urlopach. Masakra.

    Na dzień dzisiejszy brat jest czysty, szuka pracy. Właściwie już ją znalazł tylko pójść do niej może od następnego poniedziałku. Praca u kolegi, z którym próbował współpracować (kolega ma firmę budowlaną) ale zawsze robotę zawalał i zmieniał. Ten kolega wiedział i wie o jego problemie i z czystej sympatii chce mu pomóc (oczywiście kolega jest bez zarzutu).
    Na ten tydzień zabieram brata do siebie - ma co u mnie robić - będzie malował i wykańczał mieszkanie.

    Właśnie przyjechał. Kończę.
  • Posted: 09.02.2010, 15:14
     
    szuwar
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     październik 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    11.03.10
    postów:
    68
    Witam.
    Podpisuję się pod każdym slowem Quantii.
    Mój przyjaciel pozostal w nalogu gdy ja skończyłem.
    Siedem lat później dokonal przewartościowania swojego życia i przestał ćpać.
    Skutecznie, teraz uczy matematyki.
    Tacy ludzie się zdarzają. Sam znam kilkunastu.
    Problem jest jednak w statystyce.
    Ci którzy przerwali leczenie a nie wrócili do ćpania to nikły odsetek wszystkich którzy opuścili ośrodki.
    I to wcale nie zależy od siły czy uporu.
    Ten Twój Quanti kolega od Zen mial szczęście dobrze wybrać.
    I to wcale nie zabawne, to prawidłowość.
    Co wcale nie oznacza że każdy, kto zacznie uprawiać Zen przestanie brać.
    Co najwazniejsze, w doktrynie Monaru osobę opuszczajacą ośrodek traktuje się jak czynnego narkomana, dlatego ten kto odchodzi dźwiga to brzemię. Może to brzmieć okrutnie, ale takie zasady pomagają tym, którzy kontynuują terapię. Dlatego to co pisał Józef jest słuszne dla większości, Quantii pisze o wyjątkach
    Pozdrawiam i życzę szczescia.
  • Posted: 09.02.2010, 16:52
       
    magnola
    oceń:
    moderator moderator
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    11.03.10
    postów:
    723
    Też mogę się podpisać pod tym co napisała Qantii, przy okazji pozdrawiam Cię serdecznie icon_biggrin bo jakoś zniknęłaś mi ostatnio z pola widzenia, a może to ja zniknęłam przez problemy z komputerem icon_cool

    jozefaaNie ma szans utrzymać abstynencję. Taka jest prawda i nie ma co się oszukiwać.

    Czy nie ma szans? Może małą, ale jednak ma (patrząc nawet na przytoczone wyjątki).

    Ja do tych wyjątków bez-terapeutycznych niestety nie należę i bez terapii nie dałabym rady, wiem, bo skutecznie to sprawdziłam nawet kilka razy icon_lol

    A prawda, hmm... mam ochotę coś tutaj przytoczyć za Tischnerem

    ks. Józef Stanisław TischnerGóralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: Świenta prowda, Tyż prowda i Gówno prowda.

    icon_biggrin



    napisany przez: magnola, 09-02-2010 - 17:35



    nie polemizuj z idiotą - najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu, a później pobije doświadczeniem

    WT
  • Posted: 09.02.2010, 19:18
       
    admin
    oceń:
    admin admin
    zarejestrowany:
     grudzień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    11.03.10
    postów:
    485
    tak jak napisał szuwar, dla mnie prawda jest w statystyce: gdybym był chory na raka (czego sobie absolutnie nie życzę oczywiście) to nie opierałbym się raczej na przypadkach cudownych remisji choroby, które jeśli się zdarzają to niezwykle rzadko i nie wiadomo dlaczego tylko podjąłbym leczenie, nawet jeżeli by było trudne, nieprzyjemne i bolesne, np. radio lub chemio terapia

    ...gdyby w życiu były same piękne chwile

    nie wiedziałbym że żyję...

Przejdź do strony: 1 - 2 [+1]

Otwarty Portal Monaru
webmaster Mariusz Janiszewski