heh...ileż to razy się żegnałam z tym całym syfem. Znaczy: żegnałam się na głos, publicznie, a w głębi siebie ciągle traktowałam to wszystko jako przerwę, chwilowe zaczerpnięcie powietrza, wyczyszczenie organizmu z toksyn tylko po to, by zmniejszyły się dawki...To wszystko było mechaniczne, odruchowe, tak jak odruchowe jest sięgniecie po narkotyk, kiedy olewa się sygnały nawrotu, lub w ogóle się ich nie wyczaja. Bo jak, skoro wiedza na ten temat była znikoma, "trzeźwiało się" na dupościsku, bez wsparcia grupy, mitingów. Kiedy się cwaniakowało (tak, tak cwaniakowało) że nie potrzebuję łaski, że "sekciarski" klimat AN jest dla naiwniaków i słabych. Że potrafię się na tyle wyedukować, by umieć wyjść z każdej trudnej sytuacji...
Naumiałam się, oczywiście, na tyle by udoskonalić swoje odtłumaczenia, by testować własną trzeźwość włażąc w skrajnie niebezpieczne dla mnie sytuacje, pełne wyzwalaczy. Nakręcałam głowę chorymi jazdami, chorym klimatem, snami o ćpaniu, marzeniami..Jak się skończyło? Standard: jak w milionach przypadków opisanych w książkach tyczących się narkomanii. Po kilku latach weszłam w nawrót zakończony wpadką. Miałam to szczęście, że krótko, że towarzystwo z którym zaćpałam przestraszyło się bardziej ode mnie i olało z góry na dół, rzucając na odchodne tekstem: "idź na terapię".
Narkomańska duma poszła w kąt, podkuliłam ogon i z wielkimi oporami poszłam. Najpierw grupa zapobiegająca nawrotom, później mitingi. Wiadomo, że nie było łatwo, że nikt nie ciągnął na siłę, nie rozkładał przede mną dywanów, "bo ja biedna, rozpieprzona i w ogóle trzeba skupić teraz uwagę tylko na mnie". Jestem stworzeniem, które potrzebuje porządnego kopniaka, by dotarło jak cienka jest granica pomiędzy życiem a śmiercią, by dotarło, że zamiast dumy powinnam wyszukać w sobie pokorę, która pomoże mi prosić w kryzysowych sytuacjach o pomoc, i że nie jestem sama w zdrowieniu, bo mam w okół siebie ludzi rozumiejących bardzo dobrze wszystkie targające mną niepokoje, lęki, obawy. Ludzi niczym nie różniących się w swojej chorobie ode mnie. Wyczuwający kombinację i cwaniactwo na kilometr.
Mówię: jestem trzeźwa. Zawsze dodaję: Staram się. Bo trzeba sobie dawać prawo do popełniania błędu, do braku doskonałości. Ponieważ to wzmacnia moją czujność, zamyka wszystkie furtki zagrożeń, stawia trzeźwość na pierwszym miejscu.
Pewnie parę lat wstecz czytając to wszystko pierwsza myśl jaka przyszłaby mi do głowy to : sekciarskie pierdolenie, wyuczone regułki. Ciekawe ile osób czytając to pomyśli w tym klimacie. heh....tylko, że teraz mam w dupie takie opinie. Idę swoją drogą, staram się przynajmniej i chyba coś z tego starania wychodzi.
Pozdrawiam cieplutko.