Witam serdecznie wszystkie osoby, odwiedzające ten portal. Od jakiegoś czasu czytam różne artykuły, a także posty na tej stronie. Na portalu, można spotkać osoby zupełnie dorosłe i nie koniecznie w problemie…. Natomiast, nie spotkałam do tej pory rodzica uzależnionego dziecka., który by jasno opisał to co czuje w przypadku dziecka – narkomana. Właśnie to skłoniło mnie do napisania tego co czułam jak syn był w domu (teraz jest w ośrodku) Chciałabym aby Ci młodzi ludzie przypomnieli sobie o tym, że są czyimiś dziećmi…. Że te matki bardzo cierpią, choć nie zasłużyły na to.
Półtora (1,5) roku, był to dla mnie najgorszy okres w życiu. Syn jest uzależniony od heroiny. Na początku,(chyba) nie przyjmowałam do wiadomości, że syn ma problem. On tłumaczył mi, że „to taki jednorazowy wyskok”, a ja oczywiście bardzo w to wierzyłam. Dziś wiem, że coś takiego nie istnieje – albo dziecko bierze, albo nie.
[b]NIE MA INNEJ OPCJI [/b]
Straszne były dni jak wracał do domu w „takim” stanie- a zdarzało się to bardzo często.
Serce rozrywało mi się na kawałki, brakowało powietrza, Ala najgorsza była świadomość, że on może sobie coś zrobić (chcący, lub nie) Jego przejrzyste i odległe oczy, wolały o pomoc.... a jednocześnie była w nich taka wrogość, że… Mnie ogarniał strach tak olbrzymi, że bez przerwy chodziło mi tylko po głowie, że…. on po prostu tego nie przeżyje!!! Bałam się go samego choć na chwilę zostawić, nawet w drugim pokoju, a on niestety zamykał przedemną drzwi na zamek, aby nie mogła widzieć co tam robi. Mam go tylko jednego na świecie i ze mną była świadomość, że on właśnie się zabija powoli na moich oczach. Całymi dniami, wcale nie jadał żadnych posiłków, ani nie korzystał z prysznica….. Bardzo wychudł i zrobił się strasznie blady. W momentach kiedy był w miarę „normalny”, starałam się z nim rozmawiać – niestety nie trafiały do niego żadne argumenty. Płakałam, klękałam i błagałam, a nawet w chwilach skrajnych, wyzywałam go, aby zaczął leczenie!!! Wtedy to okazywało się na próżno. Syn uważał się za zdrowego! Jak go nie było w domu, to niestety, też nie miałam wolnej chwili… Cały czas miałam wrażenie, że każda przejeżdżająca karetka pogotowia na sygnale, to właśnie jedzie z nim, gdy pojawiała się Policja na naszym osiedlu, to wrażenie było – niestety takie same. Mieszkanie nasze ma okna tylko na jedną stronę budynku, od strony balkonów, więc ja jak w amoku, co chwilę szłam na klatkę schodową do okna, a potem z powrotem na balkon w oczekiwaniu na jego powrót. Dziś już wiem, że jest to „WSPÓŁUZALEŻNIENIE” Niestety do tego przyczyniła się „choroba” mojego syna i nie tylko do tego. Z moim zdrowiem też nie jest najlepiej, już raz miałam stan przedzawałowy, a w ogóle to choruję z powodu tętniaków naczyń mózgowych. Raz jak chciał iść da „detoks”, a nie chcieli go przyjąć poza terminem, to po prostu zażył 40 tabletek „Relanium” i do tego „Clonozepan” Oczywiście to działo się w pokoju obok, żebym tego nie widziała…. Kiedy zaczął tracić świadomość, przyznał mi się do tego. Zadzwoniłam po pogotowie i zabrali go! , W izbie przyjęć, okazało się, że ma bardzo niskie ciśnienie krwi i stan przed zapaścią!!!! Boże jedyny wtedy świat się dla mnie skończył – rozpacz, straszny ból w piersiach i ochota na to aby w końcu to wszystko się skończyło z obojętnie z jakim skutkiem! On po prostu zrobił to, bez mała na moich oczach, wcale nie licząc się z moimi uczuciami. Ileż to razy płakałam jak widziałam jego pokłute ręce i nogi: sine, opuchnięte! Nie pozwalał sobie pomóc, więc jak zasypiał mocno, to ja siadałam obok jego łóżka na podłodze i nie raz przez całą noc robiłam mu okłady na te jego okaleczone ręce i nogi. Tak bardzo go kocham i strasznie było mi się z tym pogodzić, że moje jedyne dziecko „powoli gaśnie” Kilka razy zdarzyło się, że przyszedł do domu pobity i krwawiący – a ja co ? nic nie mogłam na to poradzić. Ta obrzydliwa świadomość, nie dawała mi normalnie egzystować!!! Czy wróci do domu, a jeżeli tak, to w jakim stanie???? Czy znowu będzie ktoś go bił za długi, czy przyjdzie pobity tak po prostu: za to że jest narkomanem? Ja go z taką miłością i czułością nosiłam pod sercem przez 9 miesięcy, potem z taką miłością chowałam go 23 lata… a teraz on chce tak po prostu umrzeć!!! Ojciec biologiczny mojego syna zmarł, gdy ten miał 5 lat, tak że jego wychowanie spadło na mnie. Bardzo długo byłam pewna, że wszystko mi idzie ok. Spędzaliśmy ze sobą masę czasu i on naprawdę bardzo chętnie przebywał w moim towarzystwie. Robiliśmy wypady w Polskę, w celu poznania historii, wyjeżdżaliśmy razem na całe wakacje. W okresie letnim prawie każdą niedzielę spędzaliśmy poza Łodzią. Było naprawdę cudownie! A teraz?! Serce tak strasznie mi krwawi, a nawet po najgorszych przejściach z nim, nie potrafiłam wyrzucić go z domu!!! Nie raz całe noce wstawałam, by sprawdzić czy …… żyje???? Boże co ja czułam i nadal czuję! Jakaś wewnętrzna siła dusi mnie od środka i nie pozwala o niczym innym myśleć, jak tylko o tym czy syn mój, uwolni się z nałogu i będzie potrafił egzystować w normalnych okolicznościach? Czy ukończy ośrodek z powodzeniem, czy nadal będę musiała być świadkiem jego „samo unicestwienia”?!
Bardzo bym chciała, aby ten mój post dotarł do ludzi, którzy sięgają po narkotyki….. Niech pamiętają o tym, że ich rodzice też przeżywają ich sytuacje bardzo podobnie. W swoim życiu, zażywając narkotyki, niech pamiętają, że mają matki, które bardzo cierpią, że są zdolne zrobić dla własnego dziecka wszystko, aby było zdrowe. Macierzyństwo nie kończy się wtedy gdy ich winorośl, osiąga pełnoletniość. Dobrze by było, aby każda uzależniona osoba zadała sobie pytanie –
[b]„CZY TAKIEGO ŻYCIA CHCĘ DLA WŁASNEGO DZIECKA” [/b]
Nie chcę się tu „wymądrzać”, bo z pewnością nie mam tak dużej wiedzy jak większość osób na tym portalu!!! Chciałabym tylko przypomnieć tym osobom o ich rodzinach i miłości jaka zazwyczaj panuje w każdym normalnym domu. Przypuszczam, że każda matka cierpi podobnie jak ja i stąd śmiem twierdzić że: – syn mój niszcząc siebie – zabija mnie!
Oczywiście jako matka, zdaję sobie sprawę z tego, że być może popełniłam gdzieś błędy w wychowaniu mojego syna, a jeżeli zasługuję na jakąś karę – to z pewnością nie powinna to być śmierć!!!
Serdecznie pozdrawiam wszystkich Małgorzata
Posted: 12.07.2006, 20:19
**nieznany użytkownik**
oceń:
domownik
zarejestrowany:
grudzień 2004
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
02.06.07
postów:
48
mysle ze takie slowa byly mi potrzebne,pewnie nie tylko mi...
dziekuje i pozdrawiam
Posted: 12.07.2006, 22:22
oceń:
neofita
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
16.05.12
postów:
880
Małgorzato- podziwiam Cię za to że wyrzuciłaś to z siebie , ten cały ból. Ja nie chcę już sobie tego przypominać i nigdy więcej tego przeżywać na nowo (oby Bóg miał już nas zawsze w swojej opiece i nie dopuścił abyśmy więcej zeszli z wyznaczonej przez Niego drogi). To jest tak wielki ból jak chodzi o nasze dziecko że nie można sobie go w żaden sposób wyobrazić. Te oczy widok w nich bólu, nienawiści do siebie i wszystkich wokóło jak i zarazem widać w nich wycie o ratunek i pomoc a my wyjemy z bólu że tak mało możemy zrobić aby pomóc własnemu kochanemu dziecku, widok samounicestwiania, zabijania i tak naprawdę jesteśmy prawie bezsilni. To jest tak straszna choroba że nie pozwala, nie dopuszcza przyjęcia pomocy. Wiele się trzeba nacierpić aby w końcu przezwyciężyć zakłamanie choroby.Ja błagałem Boga aby na mnie zesłał cierpienie i chorobę oraz śmierć ale aby uratował syna i nie pozwolił mu jak i żonie więcej ciepieć. Tego nie da się opisać ażmnie jeszcze dreszcze przechodzą. Koniec nie wspominam. Nawet największemu wrogowi nie życzę takich cierpień!!!!! A żona to wszysto przeżywała tak samo tylko jeszcze kilka krotnie silniej!!! To tylko Matki mogą mieć tak wielką siłę w sobie aby to przetrzymać i wytrwać oraz miały stale siłę na ciągłą walkę i pomoc w każdej sytuacji. MATKA - dzięki tylko Chrystusowi który nam pokazał obraz Swojej Matki i to Wam, to podobieństwo do Niej daje tyle sił i miłości. Jesteście cudem!!!, a tak naprawdę nikt z nas nie zdaje sobie z tego sprawy. Z wyrazami szacunku dla wszystkich Matek - Józef.
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983
Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
Posted: 16.07.2006, 09:16
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
czerwiec 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
21.02.07
postów:
26
Dzięki Jozefaa za wpis. Po prostu pisałam to czułam jak syn był w domu. I jeszcze dlatego, że może choć jedna osoba "biorąca" zastanowi się, że nie tylko robi krzywdę sobie, ale także najbliższym.
Słoneczniku - Tobie też dzięki za wpis i przyznanie, że było Ci to potrzebne. Ja też mam nadzieję, że nie tylko Tobie.....
Jest mi teraz o wiele lżej, bo obudziła się we mnie nadzieja na "lepsze jutro" Oboje z synem mamy nadzieję, że w końcu, po zakończonej pomyślnie terapii w ośrodku, skończy się nasz [u][b]K O S Z M A R[/b] [/u]
Mimo, że na mój post były tylko 2 odpowiedzi, to cieszy mnie fakt, że osób czytających było [b]A Ż[/b] 126....... Stąd właśnie moja nadzieja........ może jeszcze jakaś osoba zastanowi się zanim zacznie ............ ?! Pozdrawiam Małgorzata
Posted: 16.07.2006, 14:42
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
24.07.11
postów:
677
Pytasz Małgosiu dlaczego Was (znaczy się rodziców) tak ukaraliśmy… Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Po prostu. Nie wiem jak inni, ale ja nie usiadłam sobie pewnego dnia i nie zaczęłam rozważać jak dowalić swoim rodzicom. I nagle spadło na mnie objawienie -> zostanę narkomanką … Tak to na pewno ich ruszy…
Wiem, wyrządziłam wiele zła i krzywdy mojej mamie (i nie tylko jej). Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczy, że mi zaufa, że będzie jeszcze ze mnie dumna… Kiedyś nawet powiedziałam jej, że podziwiam ją za jej silę. Tylko jak dla mnie patrzycie na to jednostronnie.
Piszecie co czują rodzice… a jak myślicie co czują dzieci, kiedy przychodzą do rodzica z problemem a ten go bagatelizuje, albo mówi: „nie przeszkadzaj”, „nie mam teraz czasu” itp.? Kiedy obiecuje coś i nie dotrzymuje słowa? Kiedy każe Ci nie kłamać choć sami nierzadko mija się z prawdą? Kiedy każe Ci być doskonałym, choć sam nie jest doskonały? Kiedy każe niewspółmiernie do wykroczenia (kiedyś ojciec pobił mnie za to, że nie ściszyłam telewizora)? Kiedy mówi, że jesteś „bachorem”, że tak naprawdę to nigdy Cię nie chciał, że teraz Cię zostawi i zobaczysz ? Kiedy nigdy Cię nie przytuli i nie powie: „kocham Cię”? To też boli, bardzo boli. A najfajniejsze w tym jest to, że dziecko myśli sobie: „rodzice się kłócą, są źli, to przeze mnie, bo jestem takim złym dzieckiem” i wykonuje „magiczne rytuały” (ja nawet w określony sposób jadałam). Wiesz co dały mi prochy? Ciepło i poczucie bezpieczeństwa (no i sen), czyli to czego mi brakowało. Paradoks, nie? Czy pogoń za pieniędzmi usprawiedliwia brak czasu dla dziecka ? Pytań jest naprawdę wiele. I teraz zastanawiam się czy mój ojciec, jak i inni uzależnieni rodzice (choć nie tylko oni) potrafili by odpowiedzieć na zadane przez Ciebie pytanie (gdyby zadało im je dziecko). Szczerze w to wątpię.
Co do drugiego pytania to odpowiedź brzmi: „Nie, nie chcę takiego życia dla mojego dziecka.” Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała obserwować powolnej śmierci własnego dziecka. I nawet najgorszemu wrogowi tego nie życzę... Nie chcę tu nikogo obwiniać, ale wydaje mi się, że w naszych czasach ludziom zdziebko pomieszały się priorytety.
P.s. mam nadzieję, że Twój post powstrzyma choć jedną osobę. Pozdrawiam Baśka.
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
Witaj Basiu. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że jakiekolwiek dziecko z premedytacją sięga po prochy, czy coś innego. Nie uważam, by dzisiejsza młodzież była czymś gorsza, niż moje pokolenie. Z pewnością masz też swoje racje pisząc to wszystko. Ja nie napisałam, że taki jest schemat – absolutnie tak nie uważam Z tego co piszesz wynika, że naprawdę w swoim życiu przeszłaś koszmar. Tym bardziej po przeczytaniu Twojego Bloga, jestem pełna podziwu dla Ciebie. Nie chodzi mi o to, by Ci „cukrować” Sama nie miałam rodziców od najmłodszych lat i wiem jak bardzo ciężko czuć się dzieckiem niepotrzebnym, lub co gorsza odrzuconym, jakim ja byłam (niestety) Tak jak napisałam uważam, że ja swoim postępowaniem, też pewnie przyczyniłam się do choroby Roberta… Moje błędy były bardziej powodowane NADOPIEKUŃCZOŚCIĄ niż zimnym i nieczułym postępowaniem wobec własnego dziecka. Zawsze starałam się w „lot” odgadywać jego problemy, rozmawiać, przytulać i bardzo często mówiłam mu, że bardzo go kocham, I pewnie dlatego tak poszło w jego życiu – po prostu za dużo [b]matki![/b] Z mojej zaś strony patrząc, to chciałam dać swojemu synowi, to wszystko czego sama w życiu nie doświadczyłam. Bardzo go kocham i on o tym doskonale wie. Moja miłość doprowadziła do braku konsekwencji w postępowaniu z nim. Teraz co do kar, owszem bywały w moim domu, ale nie od razu, podam Ci przykład w jakich sytuacjach. Szkoła do której uczęszczał Robert, jest prawie pod naszym blokiem. Syn NIGDY nie wracał prosto ze szkoły do domu, zawsze miał przynajmniej 45-60 min. spóźnienia. Prosiłam, groziłam, aż w końcu zaczęłam wychodzić po niego do szkoły. Były prośby, płacze i obietnice… Kilka dni wracał na czas, a potem wszystko zaczynało się od początku. I tak było z każdą sprawą. Inni rodzic, wystarczyło, że wychylił się przez okno, by zawołać swoją pociechę np. na obiad. Ja niestety, albo musiałam się długooooo wydzierać, albo po prostu zejść po niego – i znowu kilka dni spokój i jak zwykle wszystko powracało. Po takim występku był karany w ten sposób, że miał zakazane wychodzenie na dwór, nie na drugi dzień, lecz ja dzień wybierałam (jak padał deszcz, lub musieliśmy wyjść gdzieś razem) Też myślałam, aby nie sprawiać mu za dużej przykrości, oczywiście on o tym nie wiedział. Takich przykładów mogłabym mnożyć, ale nie o to chodzi. Tak, czy inaczej uważam, że każdy rodzic ma prawo wymagać od swojego dziecka. To, że ja mam wykształcenie średnie, wcale nie upoważnia mojego dziecka do tego, aby poszedł w moje ślady. Mam prawo chcieć żeby był lepszy ode mnie. Nie chciałam by w przyszłości, tak jak ja, żałował, że nie ukończył studiów. Absolutnie nie uważam, że nie jestem winna, temu, że mój syn został narkomanem. Wiem też, że on tak naprawdę tego nie chciał. Ale i tak po prostu mnie ukarał, niechcący, ale ukarał. Oczywiście masz bardzo dużo racji w tym co piszesz, ale jak sama zauważyłaś, ten problem nie dotyczy tylko dzieci. Czasy są jakie są i coraz trudniej można zauważyć w innych rodzinach całkowitą harmonię. Teraz co do czasu dla dziecka! Dziecko nie chce i nie powinno być gorsze od swoich rówieśników. Kolega ma super „coś tam” ja też chcę mieć… Co rodzic na to? Wiadomo, zrobi wszystko by jego dziecko miało to co inne mają.. Praca, praca i jeszcze raz praca! Dzieje się to właśnie kosztem miłości i całego domu. Masz rację jest to bardzo złożony temat i nie tak łatwy jak nam się zdaje. W każdym razie ja swoją winę noszę głęboko w sercu i na każdym kroku ją pamiętam. Właśnie taka była moja intencja – może choć jedna osoba powstrzyma się od „brania”, może choć jedna matka nie będzie musiała wypłakiwać oczu?
Serdecznie Cię Basiu pozdrawiam i życzę wygranej walki. Małgorzata
Posted: 21.07.2006, 11:21
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
24.07.11
postów:
677
Fajnie, że napisałaś jak to wyglądało u Ciebie. Dwa przeciwstawne bieguny nadmierna miłość versus jej brak (chociaż może nie do końca brak, a raczej nieumiejętność jej okazywania). Obydwa nieskuteczne w wychowaniu... bo albo ulegasz albo dążysz do tego by być górą... (przegrana badź wygrana, zero wspólnych rozwiązań). Być może, przyszli rodzice (jak i już obecni) zrozumieją, że dziecko należy kochać, ale mądrze kochać.
Nie chciałam wzbudzać u Ciebie poczucia winy. Chciałam jedynie pokazać, że narkomania nie bierze się z próżni... zawsze jest przyczyna i skutek.
[quote=Małgorzata0001]Tak, czy inaczej uważam, że każdy rodzic ma prawo wymagać od swojego dziecka. [/quote]
Tak, rodzice mają prawo mieć wymagania względem dziecka. O ile są one realistyczne i na miarę możliwości pociechy. Nie mają jednak prawa decydować o tym co będzie ono czyniło w przyszłości. Tak jak napisał libański poeta i filozof Kahlil Gibran :
Wasze dzieci nie są waszą własnością;
są synami i córkami samej mocy Życia.
Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.
Mieszkają z wami, a mimo wszystko do was nie należą.
Możecie dać im swą miłość -
Lecz nie wasze idee, ponieważ oni mają swoje idee.
Możecie dać dom ich ciałom
ale nie ich duszom,
ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
którego wy nie możecie odwiedzić
nawet w waszych snach.
Możecie wysilać się, aby dotrzymać im kroku,
ale nie żądać, aby byli podobni do was,
ponieważ życie się nie cofa,
ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.
Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,
jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód.
Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności
i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,
aby strzały mogły poszybować szybko i daleko.
Poddajcie się z radością rękom Strzelca,
ponieważ on kocha równą miarą
i strzały, które szybują,
i łuk, który pozostaje niewzruszony.
Warto te słowa przemyśleć. Moja mama zawsze marzyła o tym bym została lekarzem (nawet specjalizacje mi wybrała ). Kiedy jednak zdecydowałam się, w ostatniej chwili, na inny kierunek nie protestowała. Dała mi wolną rękę (choć mój wybór przez długi czas nie posiadał jej aprobaty). Zrozumiała, że to moje życie i moja przyszłość. Za co bardzo jej dziękuje
Co do posiadania rzeczy materialnych. To ja bym jednak wolała przytulić się do rodzica aniżeli komputera.
[quote=Małgorzata0001]Sama nie miałam rodziców od najmłodszych lat i wiem jak bardzo ciężko czuć się dzieckiem niepotrzebnym, lub co gorsza odrzuconym, jakim ja byłam (niestety) [/quote]
widzę, że dużo pracy przed Tobą. Wklepie Ci tu fragment mojej pracy o odrzuceniu:
[quote:aa9e5c3858]Jeśli w przeszłości dziecko zostało głęboko zranione, nadużyte, skrzywdzone wnosi deficyty na kolejne etapy rozwojowe. W życiu dorosłym taka osoba łatwo może ulec uzależnieniu, może mieć poważne problemy w relacjach z innymi, może ulegać napadom złego nastroju: smutku, gniewu, żalu, złości. Może być zalewana przez uczucia, których nie jest w stanie pomieścić, ani zrozumieć czy kontrolować. Nie jest możliwe rozwiązanie konfliktów interpersonalnych bez powrotu do "nie załatwionych spraw z dzieciństwa". Należy wybaczyć winowajcy, bo dopiero wtedy uzyskujemy pełnie rozwoju. Nie jest to gest charytatywny. Nie robisz tego dla kogoś, a dla siebie. Pozwala wyzwolić się od demonów przeszłości i zamknąć pewien rozdział życia. A także możesz sobie powiedzieć, że jesteś lepszy, bo ty swój problem rozwiązałeś. [/quote]
I jeszcze na koniec recepta Eichelbergera:
Musimy cofnąć się do dzieciństwa. Uświadomić sobie, że rodzice nas nie kochali i przeżyć ten ból z tym związany. Następnie zrozumieć, że to, iż rodzice nas nie kochali to nie była nasza wina. Że my nadajemy się do miłości, tylko tak się złożyło, że mieliśmy rodziców, którzy nie potrafili kochać. Jeśli to zrobimy, wtedy zobaczymy, że wokół nas są ludzie, którzy nas kochają. I będziemy uratowani.
Życzę Ci powodzenia w Twojej w walce z demonami i mam nadzieję, że niedługo przeczytam post zatytułowany: Chodzę na grupy dla rodziców (czy coś w tym stylu). Pozdrawiam Baśka.
P.s. ja wcale nie uważam by moje dzieciństwo było wybitnie koszmarne. Ale to już by wymagało dłuższych wyjaśnień... Ważne jest to, że teraz na moją rodzinę mogę liczyć, i tyle :) (nie wliczam w to ojca - w sumie on sam wypisał się z tej rodziny. ).
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
ksiazki najlepiej napiszcie i bedzie lepiej....:) kazdy niuech wyda o swoich przezyciach i bedzie loozik..cpanie nigdy i picie nie zniknie...pozdroooooooo
Posted: 27.07.2006, 21:00
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
24.07.11
postów:
677
a z miłą chęcią :) Czyżbyś chciał rozpocząć karierę wydawcy? ;)
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
[color=green]Hihi :) A muszę wam powiedzieć,że swojego czasu wiele osób namawiało mnie do napisania książki.....
To co Basiu,rozwiniemy swój talenlent literacki? :D[/color]
Posted: 28.07.2006, 07:27
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
24.07.11
postów:
677
no ba :D
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
kilka ostatnich postów chyba pomyliło wątki, przypominam że tutaj piszemy na temat: CZEMU NAS UKARALIŚCIE???
Posted: 29.07.2006, 23:49
**nieznany użytkownik**
oceń:
domownik
zarejestrowany:
grudzień 2004
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
17.01.07
postów:
38
hmm a ja nigdy nie myslalam w kontekscie ze biorac zrobie komus na zlosc:(hmm nigdy sie eni zastanawialam nad tym jak wplynie to na reszte osob ktore mnie otaczaja bo to zawsze byla jakos moja sprawa :? noi nadal nie mysle w kategoriach ze kogos krzywdze moze tylko siebei bo nadal siedze w tym syfie :?
Posted: 30.07.2006, 01:00
oceń:
monarowiec
zarejestrowany:
czerwiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
01.10.07
postów:
96
Akino myslę, że nie tylko siebie krzywdzisz, jeśli to tak nazwałaś. Ta choroba niszczy wszystkich najbliższych. to jest straszne ile trzeba przejść zanim osoba uzależniona "dojrzeje" do podjęcia decyzji o leczeniu. Nigdy nie myślałam, że mój syn ćpając mnie karze za coś...To był jego wybór. Nie mówię, że jestem bez winy, popełniłam błędy, bo przecież inaczej by nie szedł w to bagno... Nie potrafię spokojmie o tym pisać, wracają przykre wspomnienia, ale to była totalna rozpacz, strach, ogromny ból i bezilność, że musi sięgnąc dna , żeby zrozumieć , że jedynym ratunkiem jest leczenie. Ratunkiem żeby wrócić do normalnego życia. Teraz jest w ośrodku od 1.04 i ciesze się kazdym dniem, że robi małe postępy, że jest w miejscu gdzie pracuje nad sobą. Pozdrawiam...hm..nie wiem, czy mój komentarz będzie bo juz tyle razy wysyłałam i pudło :?: to po tych zmianach...
Posted: 30.07.2006, 05:10
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
czerwiec 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
21.02.07
postów:
26
Akino - sama piszesz, że nigdy nie myślałaś, że kogoś krzywdzisz......... Może więc dobrze by było, abyś przez chwilę o tym pomyślała. Czy naprawdę nie ma nikogo w Twoim otoczeniu, komu zależałoby na Tobie?! Zresztą niepotrzebnie o to pytam ........ Pewna jestem, że jest ktoś kto bardzo kocha Cię i zależy mu na Tobie!!!! Ktoś komu zależy, abyś wyszła z tego "syfu" Mój syn pewnie też nie celowo brał narkotyki, by mnie krzywdzić....... Chcący, czy nie - tak się dzaiło!To ta wstrętna, podstępna choroba tak mu w głowie pomieszała!!! Ja jako matka musiałam na to patrzeć i cierpieć podwójnie - za niego i za siebie. Oczywiście, że jest to tylko sprawa osoby, która bierze.... [b]POD WARUNKIEMM żE ABSOLUTNIE JEST CAłKIEM SAMA NA [/b] [b]śWIECIE [/b]a w to nie weierzę!!! Ciekawi mnie czy próbowałaś rozmawiać ze swoimi bliskimi na ten temat? Czy te bliske Ci osoby, nigdy , nie dały Ci nawet najmniejszego znaku, że coś jest nie tak??? Osoby znające temat, wiedzą w jaki sposób postępują ludzie uzależnieni i trudno jest w to uwierzyć, że im to się podoba, lub że nie czują się krzywdzone!!! Dopiero od miesiąca mój syn jest w ośrodku, a ja coraz to bardziej zaskakiwana jestem całym sztabem ludzi dobrej woli, którym nie jest obcy los ćpuna - mojego syna!!! Nawet tu na tym portalu, znalazły się osoby, calkiem mi obcy, którzy okazali mi tyle serca, pomocy,a przede wszystkim wsparcia. Na pewno Akino nie jesteś sama!!! Wystarczy, że poprosisz i z pewnością znajdzie się wiele osób, którzy chętnie "podadzą" Ci rękę. Tak długo póki nie żyjesz na odludziu, tak nie będzie to tylko Twoja sprawa! Twoja decyzja - owszem, ale nie tylko Twoja sprawa.
Z tego co piszesz BIJE WIELKI SMUTEK!!! Szkoda, że nie chcesz tego zmienić! A może jednak chcesz, tylko tak jesteś "zamotana", że nie bardzo wiesz od czego zacząć!?
Odkąd bezpośrednio temat narkomani mojej rodziny dotyczy, przekonałam się o jednej bardzo ważnej sprawie....... Jeźeli choć jedna osoba, czuje się z tym źle, że inna "bierze" znaczy to jedno - jest jej bliska ta osoba (mimo, że obca) zależy jej na tym, by wyszła z syfu.
To wszystko, co napisałam, jest ze szczerego matczynego serca. Ja tak to widzę i myślę Akina , że po zastanowieniu przyznasz mi rację. Serdecznie pozdrawiam i życzę Ci dużo siły
Do Majki: przeglądałam Twoje wczśniejsze posty i muszę przyznać, że mi i synowi o wiele łatwiej poszło załatwienie ośrodka. W sumie to były tylko trzy dni. Czyżbym miała troszkę szczęścia :) Dopiero po przeczytaniu Twoich postów zrozumiałam jak bardzo schematyczna jest ta choroba. U mnie w domu wszystko wyglądało dokładnie tak samo (z wyjątkiem dilowania) Też tak bardzo cierpiałam jak Ty........ Lecz nie mam zamiaru do tego wracać........ Chcę tylko życzyć Tobie i synowi Duzo Wiary Na Lepsze Jutro Dużo Sił Do Walki. Przedemną też jest jeszcze dużo do zrobienia........... Ale najważniejsze - JUż MAM NADZIEJę - Pozdrawiam