Witajcie...
W sumie nawet nie wiem, od czego zacząć. To dziwne, bo myślałam, ze ten problem w takim zastraszającym stopniu nigdy bezpośrednio nie będzie mnie dotyczył... A jednak :cry:
Mój mąż jest uzależniony - jest ćpunem. Mamy rocznego synka, którego kochamy z całego serca. M. niedawno dostał całkiem fajną pracę i tylko to gówno jest całym naszym nieszczęściem. Nie potrafi rzucić tego na własną rękę, mimo kilku prób. Od jakiegoś czasu ma myśli samobójcze, bo już sam ma dość tego "zniewolenia". Boi się, że gdy zdecyduje się na leczenie z prawdziwego zdarzenia straci wszystko - pracę, rodzinę - że wszyscy się od niego odwrócą, będzie nikim. Nie nawiedzi samego siebie za to, że codziennie gdy tylko wstaje jedna myśl budzi się razem z nim -muszę zapalić! Dodatkowo dołują go wszystkie docinki ze strony innych (nawet jego rodziców) i wcale nie polepszają sprawy. Boi się zaryzykować, bo jeśli po leczeniu okaże się ze znowu kiedyś sięgnie po to gówno, to tak, jakby wszystko poszło na marne. A i tak już wiele prób spełzło na niczym...
No i tak naprawdę sama nie wiem, czego oczekuje od bycia tutaj :( Może ktoś wyszedł z tego bagna, może nie jest przegranym człowiekiem i potrafi coś doradzić, bo ja już naprawdę nie wiem co robić :cry:
Posted: 04.07.2006, 12:24
oceń:
admin
zarejestrowany:
grudzień 2004
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
12.03.12
postów:
532
namów męża do wizyty w poradni uzależnień, samemu jest bardzo trudno poradzić sobie z uzależnieniem.
napisz coś więcej o sytuacji swojego męża, co bierze, jak długo, no i skąd jesteście to podam ci namiary na dobrą poradnię dla twojego męża.
Posted: 04.07.2006, 14:16
oceń:
domownik
zarejestrowany:
czerwiec 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
24.02.10
postów:
37
Witam cię serdecznie! Admin ma rację trudno poradzić sobie z samemu z uzaleznieniem ! Też brałam i niepotrafiłam sobie sama z tym poradzić wyjechałam do ośrodka w Rożnowicach tam leczyłam się ponad 2 lata...nie skończyłam leczenia bo zaszłam w ciąże i musiałam opuścić ośrodek ale mimo tego ze nie skonczyłam leczenia NIE BIORE mam kontakt z ośrodkiem a to daję mi dużo dużo siły facet z którym byłam zawiódł mnie na zewnątrz pewnie ćpa-podejrzewałam dlatego go zostawiłam bo nie będę narażała siebie i córki na powrót do tego gówna.Jestem sama z dzieckiem i jest mi dobrze-pewnie jeszcze poznam kogoś odpowiedzialnego i dobrego-wierzę w to.
Wyjeżdżając do ośrodka też bałam tego że jak wrócę do mojego miasta to ludzie mnie odtrącą ze trudno będzie mi znależć pracę...ale nie zastanawiałam się nad tym bo zdrowie było dla mnie najważniejsze i to żeby się wyleczyć i życ bez ćpania. Teraz jestem obecnie w domu i są oczywiście ludzie którzy patrzą na mnie z "góry" ale jeszcze więcej jest osób którzy mi pomagają i są przy mnie ...nawet obcy mi ludzie ! Wiesz myslę że powinni wstydzić się ludzie którzy biorą a nie ci którzy są po terapii-ci ludzie są dużo bardziej wartościowi i naprawdę nie ma się czego wstydzić i obawiać.Życzę powodzenia i wytrwałości! POZDRAWIAM !!!
A przecież kochałam tak mocno, że byłam gotowa umrzeć dla idei...
Posted: 04.07.2006, 19:27
oceń:
neofita
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
16.05.12
postów:
880
Święte słowa!! Witamina. Posłuchaj ja też myślałem że jak pójdę na leczenie to się wtedy wszystko powywraca i odsunął się ode mnie a tu zupełnie odwrotnie się stało. Takie obawy są naprawdę bezpodstawne uwierz. Ja zreszta nie znam osoby, która by też w ten chory sposób nie myślała zanim nie poszła na leczenie. To jest przyczyna moim zdaniem choroby, nie rozsądne, nie racjonalne, chore myślenie. Nie dołuj go ani jego bliscy też nie mogą tego robić tylko rozsądnie i spokojnie porozmawiaj i na rozmowę do poradni. Popisz z Adminem to pokieruje Cię napewno dobrze. Pozdrawiam i wielu sił życzę. Jest naprawdę wielu takich którzy nie wracają do ćpania po leczeniu. Tylko trzeba naprawdę chcieć być trzeźwym.
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983
Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
Posted: 04.07.2006, 23:10
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
kwiecień 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
06.07.06
postów:
19
Aliki,Myśle ze przedwszystkim musisz uświadomic swojego męża ze co by sie nie stało bedziesz przy nim..KOchacie sie-Wiec ufacie sobie,jestescie dla siebie bezgranicznie.Ludzie którzy będą docinać zawsze sie znajdą,Nie mozna z takiego powodu rezygnować z walki.Bądz przy nim.Mąż boii sie ze jak popłynie po leczeniu to wszystko pojdzie na marne,to nie jest tak do konca..człowiek lecząc sie,poznaje inne barwy świata-powstają nowe zainteresowania-Uzalezniony odnajduje siebie i patrzy na swiat w inny sposób.Na pewno zdobędzie duzo sił i motywacji.I przedewszystkim jesli zdecudje sie pojsc do poradnii to juz jest wielki plus i samo to powinno mu uswiadomic ze jest silny na tyle by skonczyć.Naprawde możesz wiele tak samo on sam.JEstescie dla siebie-pamiętaj
"Miłosc to zaden film w zadnym kinie ani róże,ani całusy małe duze..Ale miłosc kiedy jedno spada w dół,drugie ciągnie je ku górze..." pozdrawiam.."
Posted: 05.07.2006, 11:17
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
lipiec 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
05.07.06
postów:
3
Dziękuje Wam za te dodające siły i nadziei słowa.
Mąż jest uzależniony od heroiny – brauna. Kiedyś brał tak „na jakiś czas” – raz na 3 miesiące, pół roku. Od czasu do czasu palił marihuanę z kolegami i zdażało się wziąć pigułę na wypad do dyskoteki. Potem chyba wyrósł z tego. Od 8 miesięcy bierze codziennie. Na początku wystarczyło malutko – teraz jak mówi, musi mieć „ćwiare” na dzien, czasem stara się jeszcze oszczędzić. W listopadzie po przyjeździe zza granicy, gdzie pojechał za pracą i za tym, by uciec od tego syfu, niestety się podłamał. Nie znalazł oczekiwanej pracy, obiecanki okazały się bajką, szansa na lepszą przyszłość odpłynęła. Dołowanie ze strony rodziny, jaki z niego pechowiec i nieudacznik nie poprawiały sytuacji. M. strasznie wszystko bierze do siebie – starał się zawsze udowodnić, przekonywać, że naprawdę chciał pracować ale mu nie wyszło. Mówiłam mu, żeby ignorował te ciągłe dogryzanie: jaki to z niego ojciec i głowa rodziny, że nigdy nas nie utrzyma, że nigdy nie znajdzie pracy itp. Nie sądził, ze to go tak wciągnie. Teraz mówi, że nawet nie wie, kiedy się w tym zatracił. Najbardziej boli go to, ze nikt nie potrafi go zrozumieć – jak bardzo go wszystko boli i jak ciężko jest mu to rzucić, gdy nie zapali. Wszyscy tylko nagabują: być to rzucił dla syna, po co to palisz, nie pal itp. Już nie raz widziałam jak sam próbował: wytrzymywał dwa dni bez tego gówna, leżał cały dzień w łóżku i udawał, ze jest chory. Potem płakał z bólu, był cały mokry od potu, czerwony, mdlał.
Byliśmy kilkakrotnie u lekarza, ale u nas lekarza z przychodni można tylko posłać do gazety. Zero zainteresowania „chorymi”. Przyjmuje od 15.00-17.30, a wielokrotnie zdażało się, ze wychodził 15 min po, bo nikt się nie zjawił i nawet nie czekał. Potem tłum ludzi czekał przed zamkniętymi drzwiami. W końcu, kiedy trafiliśmy na niego, okazał niespecjalne zainteresowanie. Powiedział, ze jedynym rozwiązaniem jest leczenie 2 tygodnie w ośrodku (z tego co się orientujemy podają tam metadon), a potem 2 lata w innym ośrodku.
Mąż nie zdecydował się na ten krok, bo chciał najpierw porozmawiać o tym z rodzina. Lekarz powiedział, ze to i tak nie gwarantuje tego, ze wyjdzie z tego syfu, bo w jego „karierze, nie spotkał jeszcze nikogo, kto by tak na 100% od tego uciekł”. Jak już wcześniej pisałam, mąż niedawno znalazł fajna prace. Już dość długo czegoś szukał. Miał już dość dogryzania, ze nigdy nas nie utrzyma, z nie utrzymamy domu i dziecka itp. W końcu sam, bez niczyjej pomocy znalazł prace i robi to, co lubi. Ale jest małe ale… Teraz gdy wszyscy już wiedzą o ćpaniu, docinają mu, że przez to straci prace i już nigdy nic nie znajdzie, ze ta praca i tak jest bez sensu, bo niedługo cała wypłata będzie szła na ćpanie. Albo szybciej wszystkich wykończy nerwowo przez to ćpanie. Wczoraj powiedziałam, żeby przestali mu dogryzać, bo to wcale mu nie pomaga, tylko coraz bardziej dołuje. Szokuje mnie to, ze wszyscy tylko potrafią powiedzieć: idź do lekarza, zrób cos ze sobą bo się wykończysz, idź się lecz, skończ to ćpać… ale nikt nie potrafi go podnieść na duchu. Od jakiegoś czasu jedyne rozwiązanie, jakie widzi to samobójstwo. Mówi, że przynajmniej nikogo już nie będzie wkurwiał. Bo tak czy siak jak pójdzie na leczenie to bankowo straci prace i już na pewno wszyscy będą na niego narzekać i ciągle gadać, że znowu to wszystko jego wina, ze stracił prace i nic w życiu nie osiągnie.
Wierzcie mi: to całe gadanie i dogryzanie mnie dobija, a co dopiero jego. Najchętniej chciałabym uciec z tego zgniłego miejsca, gdzie jest niby jego rodzina, która powinna go wspierać, a tylko dołuje go i pogrąża.
Posted: 05.07.2006, 11:45
oceń:
admin
zarejestrowany:
grudzień 2004
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
12.03.12
postów:
532
z tego co opisujesz twój mąż jest mocno uzależnionym człowiekiem, uzależnionym od jednego z najsilniej uzalezniających narkotyków jakim jest heroina. jak piszesz próbował wszystkiego, amfetaminy, ekstazy, marihuany, itp. jednak to heroina okazała się "tym jedynym" narkotykiem.
wizyta w poradni u lekarza nie jest tym co ja miałem na myśli. uważam że twój mąż jest głęboko uzaleznionym człowiekiem i potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy terapeuty uzaleznień w poradni uzależnień.
czytając twoje wypowiedzi na temat jego rodziny, jego sytuacji zawodowej i inne czuję, że przerzucasz odpowiedzialność za jego stan na tych ludzi i te sytuacje. usprawiedliwianie i chronienie osoby uzależnionej kojarzy mi się jednoznacznie z współuzależnieniem, które bardzo często dotyka osoby związane emocjonalnie z osobą chorą na np. narkomanię.
tak jak dla osób uzależnionych są specjalistyczne poradnie uzależnień tak dla współuzależnionych są poradnie rodzinne, gdzie mogą poszukać pomocy i wsparcia, nauczyć się też jak postępować z osobą uzależnioną, jak ją motywować do podjęcia terapii, jak samemu sobie w tym wszystkim radzić.
jeśli twój mąż nie chce skorzystać z pomocy profesjonalnej, może ty powinnaś poszukać jej dla siebie ?
pozdrawiam cię i życzę wytrwałości
ps. nie napisałaś chyba z jakiego miasta pochodzisz
Posted: 05.07.2006, 13:34
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
lipiec 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
05.07.06
postów:
3
Dziś zadzwoniłam do Monaru i umówiłam się na za tydzień, (bo dopiero na wtorek był termin) na spotkanie. Pewnie pójdę na razie sama, bo mąż w tych godzinach pracuje, ale chociaż sama porozmawiam sobie i dowiem się wszystkiego. Na pewno napisze, czego się dowiedziałam i jak było. Mam nadzieje, że to pierwszy i nie ostatni krok ku wyjściu z tego piekła.
Posted: 05.07.2006, 18:44
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
kwiecień 2006
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
06.07.06
postów:
19
Dobrze Aliki że umówiłaś sie na wizyte,Myśle ze jesli męzowi zalezy to znajdzie również czas.Wogule to bardzo ważne ze widzi swój problem i chce z nim walczyć(chyba sie powtarzam).Napisz co i jak po wizycie.Powodzenia:)
Posted: 07.07.2006, 13:09
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
maj 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
07.04.08
postów:
24
cześc Aliki:)
wiesz, jak czytam Twoje posty, to od razu rzuca mi się w oczy:
"Dziś zadzwoniłam do Monaru i umówiłam się na za tydzień, (bo dopiero na wtorek był termin) na spotkanie. Pewnie pójdę na razie sama, bo mąż w tych godzinach pracuje, ale chociaż sama porozmawiam sobie i dowiem się wszystkiego."
wszystko robisz TY, a on jest "tylko uzalezniony".........
KTO ma się leczyć, KTO powinien zadzwonić, Kto powinien byc najbardziej zainteresowany spotkaniem??????????
rozumiem cię, tez mam w domu narkomana, ale pomyśl chwilkę, kto ma się zabrać za działanie...