tak sama nad sobą się zastanawiam co musiałoby się stać żebym zaczęła chcieć, wierzyć, dążyć, próbować sie z tego wyrwać, też kiedyś poznałam człowieka i też dał mi takiego kopa że chciałam z nim być świadomie i na trzeźwo, i dał mi wiarę że to jest możliwe, nazywałam go "pozytywnym enegetyzerem", zakochanie było moim hajem na tamten moment, nie żebym nie myślała o braniu bo owszem myślałam, ale byłam w stanie jakoś opanować chęć brania jak się okazało na jakiś czas (teraz myślę że to był dobry moment żeby znów zaczepić o poradnię i wkręcić się w leczenie,robić coś więcej w kierunku trzeźwienia, może coś by z tego wyszło, wtedy przynajmniej chciałam), później się rozpadło, minął "haj" i zaczęły się problemy, on zapił (alkoholik), ja zaćpałam, związek nie przetrwał "próby czasu" stwierdziłam, że nie da się stworzyć "zdrowego" związku na chorym gruncie i że jeśli cokolwiek będę chciała "zbudować" najpierw muszę sama dojść ze sobą do jakotakiej normy, a że nie zrobiłam nic w tym kierunku dalej się czołgam w bagnie, tak czy owak z tamtego czasu został mi przyjaciel, który stwierdził parafrazując "trainspoterów" że "wybiera życie; telewizor, lodówke, konto w banku..." i układa sobie życie wcześniej na Cyprze, teraz w GB i czasem dzwoni żeby mnie zmotywować, ale ja jakaś o(d)porna się zrobiłam na wszelkie sugestie

to sobie powspominałam;
Akino, życzę żeby ci się udało, póki masz motywację i chcesz nie zostawiaj problemu swojemu biegowi tylko spróbuj coś robić w kierunku dalszego trzeźwienia
Pozdrawiam
Ola
człowiek musi znacznie mniej, niż wydaje mu się, że musi
i może znacznie więcej, niż wydaje mu się, że może...