Dużo tu powiedziano o buprenorfinie, więc napiszę kilka luźnych uwag o zaletach i wadach!
Buprenorfina jest metabolizowana w jelicie cienkim i wątrobie, stąd nie można jej podawać doustnie. Dlatego podaje się buprenorfinę tak, by ominąć metabolizm wątrobowy: przezskórnie (podobnie, jak fentanyl w systemach transdermalnych, "plasterki" antykoncepcyjne lub plastry stosowane w substytucji nikotyny), w injekcji lub podjęzykowo.
Co to oznacza w praktyce? W leczeniu chorób nowotworowych niewiele. Ale w leczeniu uzależnienia od opiatów moim zdaniem sporo.
Nie można komuś podawać leku w injekcjach przez wiele lat chociażby dlatego, że po pewnym czasie nie będzie się gdzie wkłuć, że wzrasta ryzyko zakażenia, ze pojawiają się zwłóknienia i zbliznowacenia tkanek - problemy znane wielu osobom przyjmującym narkotyki drogą dożylną lub domięśniową (ta druga raczej rzadka). Większość osób z chorobą nowotworową kwalifikujących się do leczenia buprenorfiną po prostu nie dożyje momentu, jak nie będzie miejsca nadającego się do wykonania injekcji.
"Plasterek" można odkleić i potem sprzedać, albo po odklejeniu zaćpać i brak reakcji źrenic na światło przypisać działaniu buprenorfiny. Poza tym wchłanianie z systemu transdermalnego zależy od pH skóry, od intensywności pocenia się itd. Osoba z chorobą nowotworową wymagająca leczenia buprenorfiną zazwyczaj mają ograniczoną aktywność, więc ma to mniejsze znaczenie.
Pozostaje więc podawanie w tabletkach podjęzykowych. Te zaś można wypluć, więc trzeba poświęcić więcej czasu na jednego pacjenta niż przy metadonie. Każdy, kto miał do czynienia z uzależnionymi lub sam jest uzależniony wie, dlaczego. To moim zdaniem istotna wda w porównaniu z metadonem.
Zaletą jest to, że w większych dawkach buprenorfina traci działanie agonistyczne do opioidowych receptorów mi (czyli przestaje je pobudzać), a pojawia się działanie antagonistyczne (czyli "wymiata" opiaty z połączenia z receptorem). Co oznacza: przy przedawkowaniu mniejsze ryzyko depresji układu oddechowego (zatrzymania oddechu i zgonu). Co oczywiście nie oznacza, że na pewno nie wystąpi.
I jeszcze jedna uwaga, taka ogólna do leczenia substytucyjnego. Mam wrażenie, że jego zwolennicy trochę się zapętlają w ferworze dyskusji. Substytucja jest ofertą dla osób używających opioidów. I tyle. Postulaty o przesunięciu nacisku z opcji "drug-free" na substytucję tracą swoją moc, jeśli rozważyć, że większość osób uzależnionych uzależniona jest nie wyłącznie od opiatów. Dla nich substytucja nie jest opcją do rozważenia, ma się jak pięść do nosa. Dla nich ofertą jest długoterminowa terapia + dość często farmakologiczne leczenie zaburzeń psychicznych wywołanych przez zażywane narkotyki. Tak więc myślę, że biorąc pod uwagę całą populację uzależnionych, a nie tylko koniec własnego nosa, polski system lecznictwa wcale nie jest zacofany, bo ma dobrą ofertę dla większości. Pewne niedociągnięcia dotyczą tylko jednej grupy uzależnionych.
Na mitycznym zachodzie, w wielu krajach te niedociągnięcia dotyczą większości, a sami opiatowcy mają ograniczoną ofertę. Gdyby w Polsce wprowadzić zasadę, że bezpłatne są tylko dwa pierwsze detoksy i to wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody ubezpieczyciela, podniósłby się krzyk. Gdyby wprowadzić zasadę, że ubezpieczeni mają zapłacić kilka tysięcy za leczenie, a nieubezpieczeni kilkadziesiąt tysięcy, to podniósłby się krzyk. Gdyby wprowadzić zasadę, że uzależniony od opiatów choćby - za przeproszeniem - się zesrał, to nie może być czysty, tylko ma brać metadon do końca życia, to by się podniósł krzyk. I słusznie by się podniósł, bo wszędzie powinno być tak, jak w Polsce. Tylko po co ciągle równocześnie narzekać i twierdzić, że na zachodzie jest lepiej niż w Polsce skoro wcale nie jest?
I nie łudźmy się, że dlatego na zachodzie odchodzi się od terapii do substytucji, bo jest ona lepsza. Odchodzi się, bo jest tańsza.
Żenująca wydaje mi się krytyka jednego z najlepszych systemów leczenia uzależnień na świecie (tak, tak polskiego, głównie monarowskiego) i to na forum Monaru. Pamiętam czasy, na zachodzie z zazdrością mówili o monarowskich społecznościach terapeutycznych w Polsce, jak podziwiali naszą dawną ustawę narkotykową, jak kopiowali nasze rozwiązania. A ten polski system zawdzięczamy głównie właśnie Monarowi i Kotańskiemu. I mam wrażenie, że dopóki żył Kotański, to Monar szedł z czasem, rozwijał się unowocześniał. A teraz krytykujecie i negujecie największe swoje osiągnięcia a wychwalacie to, co tańsze i łatwiejsze.
Substytucja jest ważna, ale: to tylko jeden z wielu elementów układanki pt. leczenie uzależnienia. Krytyka polskiego lecznictwa uzależnień przez osoby czynnie uzależnione jest moim zdaniem - przepraszam, za monarowskie słownictwo - przejawem "narkomańskiego myślenia". Łatwiej jest pójść na skróty, pozorować zmianę niż naprawdę się zmienić. Mam wrażenie, że jakby buprenorfina była dostępna w każdym kiosku Ruchu, to autor wątku i tak by znalazł sobie jakiś powód, żeby narzekać i żeby znaleźć sobie kolejne rzekome przeszkody, dla których to niby tak ciężko mu podjąć leczenie.
Mam znajomych po dawnym, starym Monarze, leczyli się nie kilka miesięcy tylko dwa lata. To są tak "poukładani" i "uporządkowani" ludzie, że ja im zazdroszczę nieraz tego pobytu w Monarze, tam się stali naprawdę wspaniałymi ludźmi. Mają w sobie coś takiego, że ich podziwiam, czasami myślę, że chciałbym być taki, jak oni. A nie spotkałem jeszcze osoby leczonej buprenorfiną czy na programie metadonowym czy na blokerach, o której pomyślałbym, że chciałbym się z nią zaprzyjaźnić, albo kobiety, o której bym pomyślał, że mogłaby zostać matką moich dzieci. Oczywiście to moje subiektywne odczucia, a nie wyniki wieloośrodkowych randomizowanych badań klinicznych, ale dla mnie to jest ważna wskazówka.