<!-- [site-name] -->  
Witaj gość - dzisiaj jest wtorek, 22 maja 2012, 

pamięci Marka

Biografia
Marka Kotańskiego
Historia Monaru
"Ty zaraziłeś ich
narkomanią"

"Daj siebie innym"

nasze menu

 strona główna
 nasze linki
 FAQ - pytania i odpowiedzi
 nasze pliki
 nasze bLogi
 nasza galeria
 nasza księga gości
 Nasz czat

 PLACÓWKI MONARU


kto jest na czacie

trochę wiedzy o...

 narkotykach
 narkomanii
 narkomania w literaturze
 narkomania w filmie

nasz najnowszy link

Click

Dzień po dniu
Pobierz nagrania mp3 o trzeźwości różnych, internetowych stacji radiowych. Stronka powstała w okres...
odsłon:1167

nasze linki ]

nasz bLogariusz

licznik odwiedzin

Dzisiaj:271
W tym miesiącu:5772
W tym roku:42536
Ogólnie:1941594

Od dnia 08-01-2002

Przejdź do strony: 1 - 2 [+1]

Do dołu
Jak wygląda moje życie na trzeźwo? Czy żyje się mi lepiej?
  • Posted: 21.01.2006, 13:03
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.05.12
    postów:
    880
    Napisałem ten temat w związku z wieloma problemami jakie nas w życiu trzeźwym spotykają. Jak sobie z nimi radzę? Jak wygląda teraz moje życie rodzinne i wśród przyjaciół tych nowych jak i tych niby przyjaciól z "dawnego" życia? Czy nadal ponoszę konsekwencje mojego chorego życia? Czy z sympatią i radością wspominam okres leczenia w ośrodku?

    [color=darkblue]Myślę, że nasze wypowiedzi mogą osobom chorym /uzależnionym/ pomóc w podjęciu decyzji czy poddać się leczeniu? Czy warto żyć na trzeźwo?[/color]
  • Posted: 21.01.2006, 13:11
       
    bruncio
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    03.07.10
    postów:
    70
    Jesli chodzi o okres leczenia to wiele razy bywalo ciezko i myslalem zeby se dac z tym spokuj. Bylo tez wiele sytuacji w ktorych sie do pewnych rzeczy przelamywalem i to bylo jak wejscie na szczyt, cos wspanialego. Generalnie na zmiane gorki i dolki.

    Z rodzina jest tak teraz ze nadal nie bardzo maja do mnie zaufanie i w pewnych rzeczach juz raczej nigdy nie beda mieli.

    Znajomych mam mase nowych i dobrych. Ze starymi tez sie swietnie dogaduje ich nie unikam (chociaz niektorzy to robia). Najfajniejsze jest to ze sie juz tak nie boje ludzi.
  • Posted: 24.01.2006, 17:05
     
    anecia_b
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.01.06
    postów:
    11
    Moje życie w trzeźwości bez nałogu czyli bez męża narkomana jest cudowne. Uwolniłam się od pijawki, która wysysała ze mnie pozytywną energie i ciągnęła mnie na dno psychiczne. Zdominował moje mysli i pozwolił bym uwierzyła, że jestem nikim i bez niego nie dam rady. Do dziś nie wiem skąd zebrałam tyle sił aby go zostawić. Nie żałuję ani tej decyzji ani tego czasu z nim spedzonego. Tak musialo być. Zmieniłam się. Inaczej myslę, inaczej żyję, mam zupełnie inne priorytety w życiu niz kiedyś. Ale odczuwam spokój i to daje mi siłę. Nie ma łez, kłotni, lęku i wiecznych awantur. Nie ma imprez, braku kasy i bólu ze strachu, że znów to zrobił...A potem leczenie, jego zmiany i metamorfozy. Przyznam, ze miałam satysfakcje paląc jego ciuchy z tamtego okresu (razem z nim), wywalanie płyt i darcia zdjęć z jego "przyjaciółmi". Nie ma nic z tamtego okresu, ale wspomnienia są...powracają w najmniej oczekiwanym momencie i wtedy znów czuje mdłości i ból żołądka...ale dzieje sie to coraz mniej...chociaż jeszcze do dzisiaj na dźwiek pewnego znanego zespołu , gdzie liderem była osoba uzalezniona wychodzę lub wyłączam radio. . To nie tylko takie "małe" konsekwencje tego związku. Zmieniłam się w bryłę lodu, nic nie czuję, żyje tylko dla córki, nie słysze muzyki, nie czuję dotyku, nic nie czuję...żyje jak automat, który wykonuje ciągle te same czynności. Żyję we własnym świecie i chociaż jestem sama już 3 lata nie pozwalam się nikomu do siebie się zbliżyć, nikomu nie ufam, zwłaszcza mężczyznom i żyję w przekonaniu, ze bez nich jest lepiej. Nie wierzę w żadne slowa i nie wierzę w miłośc...to taka "mała" konsekwencja tego toksycznego związku. Dziewczyny nigdy nie jest za późno na dobra dla Was decyzję. Nie jestem do nikogo wrogo nastawiona, chodziłąm na terapię do psychologa i to mi pozwoliło w miare normalnie znieśc rozstanie. Nie miałam gdzie mieszkać, byłam bez kasy....ale zrobiłam to!! Teraz jesteśmy w b. dobrych stosunkach kolezeńskich, warto było to zrobić to chociaż dla córki, zeby córka miała żywego, w miarę normalnego ojca, ale gdyby nie to, ze on tego bardzo chciał i skończył to leczenie, bez tego nic nby mnie było. Życie jest takie krótkie...
    Pozdrawiam
    Aneta
  • Posted: 24.01.2006, 17:34
     
    milunia
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     październik 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    23.05.06
    postów:
    27
    jesssu...Anecia, jak ja Cie podziwiam...i zazdroszcze Ci . ja nie mam tyle siły i odwagi... wiem co bedzie dobre dla mnie i dziecka(w koncu jestesmy juz 5 lat same )... ale boje sie,że czegos nie sprawdze,że coś stracę...Ale zawsze jest ta niepewność...Tobie sie udało" jesteś czysta"(tzn bez męża).Pozdrawiam serdecznie :)
  • Posted: 24.01.2006, 19:17
     
    anecia_b
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.01.06
    postów:
    11
    Milunia! Nie chcę, zeby mnie ktokolwiek podziwiał, bo to nie powód do podziwiania.Wszyscy znajomi myslą , ze jestem taka dzielna, ze oni by nie potrafili, przychodza po porady, a ja...Nie jestem twardzielką tylko kamieniem, zobojetniałam na własne zycie...Przyznam szczerze, ze zrobiłam to dla córki i to dało mi siłę. Czy Ty go kochasz? Co czujesz do niego? Nie czujesz wstrętu i obrzydzenia sama do siebie? bo ja czułam!!!Czy potrafisz sobie wyobrazić życie bez niego? takie spokojne bez leku i strachu, bez łez, ze znowu dałaś mu sie oszukac mimo, ze byłaś taka czujna...on zna Twoje slabe punkty i to wykorzystuje. Jesteś 5 lat sama, więc dlaczego???????????Dlaczego nie oderwiesz się od tej pijawki??Pamiętaj,że musisz dziecku zapewnic normalne, spokojne dziciństwo, jestes za nią odpowiedzialna!!!A ja czuję, ze ulatuje ze nie gdzies powietrze, że potrzebuje partnera, towarzysza, przyjaciela...Nie mam juz sił, a całe życie do przejścia...
    To ja Ciebie moge podziwiać, że tkwisz w tym i nie chcesz nic zmienić...Każdy ma prawo do szczęścia...a możesz być jeszcze szcześliwa, a szczęście jest tak blisko, tak niewiele nam do szcześcia brakuje...
    Pozdrawiam
    Aneta
  • Posted: 24.01.2006, 19:44
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.05.12
    postów:
    880
    Tak to jest tak straszna, śmiertelna choroba, która niszczy bardzo mocno także, te osoby które najbardziej kocha osoba uzależniona jak i te które tą osobę uzależnioną bardzo kochają. To jest chyba najstraszniejsze w tej chorobie niszczenie wokól siebie kochanych osób. A od miłośći jest naprawdę bardzo blisko do nienawiści. Ale trzeba wyjść z tej matni i stawić czoło rzeczywistości. Życie naprawdę jest piękne i wiele w nim radosnych chwil. Trzeba zapomnieć te złe, straszne dni i nauczyć się żyć z radością i miłością. Wiem, że to trudne, lecz napewno nieniemożliwe. Napewno nie można się zamknąć w skorupie bo wtedy tak samo robimy my krzywdę tym kochanym wokól osobom.
    Dlatego ja jestem zdania /tak zrobiła moja kochana żonak i dzięki Ci Boże za to/, że trzeba wcześnie odejść od kochanej osoby dla jej i swojego dobra/jeżeli ta osoba nie chce się leczyć/, aby ona poszła na leczenie zanim się ją znienawidzi i jesteście jeszcze w stanie swoją zdrową twardą miłością pomóc mu w leczeniu. Bo jak już się ją znienawidzi, wtedy już naprawdę raczej nie ma powrotu do wspólnego, szczęśliwego życia, przepełnionego miłością i wzajemnym wspieraniem się,co jest bardzo ważne. A i życie w samotności z dzieckiem czy dziećmi też nie jest już tak radosne i spokojne jak powinno być. Jest to naprawdę smutne, ale myślę że i prawdziwe. Wielu sił Wam życzę i miłości Aneto i Milunio.
  • Posted: 24.01.2006, 20:30
     
    Hild
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     lipiec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    02.09.06
    postów:
    9
    A co sądzicie o tym że ludzie , czy tez bliscy namawiają do odcinania się od "toksycznych" osób nawet jeśli swoim problemem sprawiaja sobie kłopoty i ból a nie innym.Czy jednoznaczne jest to że ktoś z mioch znjomych jest ćpunem to ja też nim zostane?? Ma się taki odruch że wiesz że nie i tyle..poprostu wiesz...wystarczy Ci widzieć męki drugiej osoby..ale nie wiem co myśleć o takim nastawieniu ludzi, czasem wydaje mi sie to bardzo płytkie...bo jeśli wszyscy się od wszytskich odwróca to ktoo komu ma pomóć?? ale rozumiem oczywiście sytuacje Anety nie tylko sprawę nałogu ale i niszczenia psychicznego...podobnej rzeczy doświadczyła moja matka i ja zarazem przez jej poprzedniego partnera który był alkoholikiem i dla niego na porządku dziennym było psychiczne znęcanie sie nad nami...ale mama tez na szczescie podjela ta trudna decyzje a byla ona o tyle latwiejsza ze oni sie juz nie kochali przynajmniej ona jego...dzis sa po rozwodzie i z czsem wszytsko idzie w zapomnienie....

    ...Morze jest ogromnym stworzeniem, po którego powierzchni żeglują, niczym robaki na kawałku drewna, stworzenia słabe..
  • Posted: 24.01.2006, 21:51
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.05.12
    postów:
    880
    cytat: A co sądzicie o tym że ludzie , czy tez bliscy namawiają do odcinania się od "toksycznych" osób nawet [color=red]jeśli swoim problemem sprawiaja sobie kłopoty i ból a nie innym.[/color]

    Ja uważam, że to nie jest tak, jak Ty to piszesz że oni robią tylko sobie kłopot i ból. Ty jesteś tylko ich znajomą, i Tobie napewno kłopotu a tym samm bólu nie sprawiają. Tak jak pisałem wcześniej osoby, które piją, ćpają rania zawsze te najbliższe, te które ich najbardziej kochają osoby. Dla Ciebie zawsze będą fajni kumple, a co w domu u nich się dzieje /pewno myślisz, że jest inaczej jak kiedyś u Was z partnerem matki, to zapewne się mylisz jest może inaczej a jednak w sumie tak samo!/ Zawsze osoby uzależnione ranią i to bardzo swoich bliskich i czy to jest dziecko, które ćpa, czy osoba dorosła, taka jest to cholerna choroba.
    Oczywiście, że nie powinno się odcinać od takich osób, a trzeba im pomagać jak tej pomocy chcą. A jak czytasz nasze posty, to widzisz jak jest niekiedy ciężko namówić osobę uzależnioną do leczenia. I Twoi bliscy poprostu boją się o Ciebie, że też zaczniesz w końcu brać w myśl przysłowia; z kim przystajesz takim się stajesz. I nie możesz wymagać od rodziców aby nie reagowali na to widząć Cię w kręgu osób naćpanych. To jest normalny zdrowy odruch rodzica bronienie dziecka przed zagrożeniem. Ja też nie broniłem mojemu synowi spotykania się z kolegami, którzy wiedziałem że biorą, bo miałem nadzieję, że on ich wciągnie na "zdrową" drogę życia. Zawsze mówił, że są fajni i trzeba im pomagać i to była napewno prawda. No i stało sie odwrotnie, poszło w drugą stronę. Chociaż i tak pewnie bym go nie uchronił chociaż bym zakazywał, może by było jeszcze gorzej. Nie ma na to recepty, zależy to od człowieka. Ja tak uważam, nie wiem może się mylę. Pozdrawiam.
  • Posted: 25.01.2006, 12:05
     
    milunia
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     październik 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    23.05.06
    postów:
    27
    Oj..zaczynam powoli wierzyć że dam rade.. :) że powinnam wkońcu żyć "swoim życiem" (jakkolwiek to zabrzmiało paskudnie)...Całego świata nie uleczę, a tak bym chciała...a swoją drogą mówi sie,że "jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twarda dupe" :) pozdrawiam.
  • Posted: 25.01.2006, 14:43
       
    Raptus
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     grudzień 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    18.11.06
    postów:
    177
    bruncio a nie boisz sie, ze nadejdzie moment w ktorym wrocisz do cpania. mnie tacy starzy znajomi zawsze nakrecali.
  • Posted: 25.01.2006, 21:45
       
    bruncio
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    03.07.10
    postów:
    70
    Jeden madry neofita powiedzial: boje sie, a dopuki sie boje to nie mam sie czego bac.

    Wole sie zajac swoim nowym zyciem niz caly czas uciekac od starego.
  • Posted: 29.01.2006, 03:44
    **nieznany użytkownik**
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     grudzień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    29.01.06
    postów:
    2
    [quote=bruncio]Jeden madry neofita powiedzial: boje sie, a dopuki sie boje to nie mam sie czego bac.

    Wole sie zajac swoim nowym zyciem niz caly czas uciekac od starego.[/quote] Zgadzam się!!! Tak, bo dopóki się boisz, masz świadomość zagrożenia, nie zaryzykujesz! I też myślę, że lepiej się skupić na nowym życiu, przecież dla niego uciekaliśmy z narkomańskiego piekła.
  • Posted: 29.01.2006, 12:51
       
    Raptus
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     grudzień 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    18.11.06
    postów:
    177
    Widze to troszku inaczej.
    Jak sie boje to uciekam od srodowiska. Dla kazdego to kwestia czasu, zbieg okoliczności, problemy, samopoczucie, moze chwila zwątpienia. Znajomi i jest okazja. Kolega ma to w kieszeni.
    Nie ma mocnych.

    Jeśli się boje to nie zgrywam twardziela. I nie racjonalizuje tego.
    Nie ma dla mnie starych znajomych. Unikam ich jak ognia.
  • Posted: 29.01.2006, 15:03
     
    stempel
    oceń:
    monarowiec monarowiec
    zarejestrowany:
     wrzesień 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    25.11.06
    postów:
    110
    Zgadzam się po części z Raptusem, człowiek jest tylko człowiekiem a więc istotą słabą i mało odporną na pokusy po co ryzykować i sobie coś udowadniać jednak uciekać całe życie też nie można bo świat jest mały i przyjdzie czas i moment stanąć twarzą w twarz z problemem, ale to myślę wymaga czasu dużo czasu.

    ewe
  • Posted: 29.01.2006, 17:49
       
    Margaret
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     marzec 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    15.12.06
    postów:
    67
    Dokładnie. Nie można cały czas uciekać Raptus. Bo choroba jest w tobie a nie w ludziach, którzy cię otaczają. Wyjście z grzania to rzeczywiście przynajmniej w początkowej fazie separacja od "starych" znajomych. Ale oni są. Jedni wyjdą z tego, inni nie. I spotyka się ich na ulicy, w pubach, na koncertach. Czasem sami uciekają jak cię widzą, ale czasem podchodzą, żeby pogadać. Albo kasę wyciągnąć. Na to nie ma rady.

Przejdź do strony: 1 - 2 [+1]

Otwarty Portal Monaru
webmaster Mariusz Janiszewski