Wiesz breek, mam prawie identyczną historię, mój aniołek miał na imię Dorota. Cudowna dziewczyna, rok starsza ode mnie. I kochała życie. Niczego nie pragnęła tak bardzo, jak życia bez dragów.
Jeśli byłam przytomna, wśiekałam, się na wszystko i wszystkich. A Dorota ze mną rozmawiała. Myślałam, że ją zamorduję, kiedy w pewnym momencie wyskoczyła, że przypominam jej Babsi i już do samego końca tak do mnie mówiła. Dzięki niej jakoś się trzymałam, zaprzyjaźniłyśmy się.
Dzień po moich 18 urodzinach zadzwoniła do mnie Jej siostra. Dorota poszła na złoty strzał. Heroina. Brała przecież amfę, zastanawiałam się, co nagle przyszło jej do głowy. Na pogrzebie Doryty Jej siostra dała mi list, który zostawiła dla mnie Dorotka. Opowiedziała mi w nim kilka rzeczy, powiedziała, że mam nie płakać. Napisała, że ma dość życia, że starała się wyjść na prostą, ale nie daje rady. Napisała też, że wie, czym się zajmuję. Przez przypadek, ktoś jej polecał kontakt w centrum, ale nigdy nie przyjdzie do mnie jako klient. Na koniec listu powiedziała, że mnie kocha, że nikt nigdy nie potraktował jej tak normalnie, nie oglądał z nią nocami "Kasi i Tomka" jedząc lody czekoladowe. Byłyśmy przyjaciółkami, choć trwało to jakieś 2 miesiące.
Zostawiła mi też numer telefony dealera, od którego wzięła ostatnią działkę. Napisała: "Nie zdążyłam podziękować, bądź wsypać na policję". Do dziś nie wiem, czy zdawała sobie sprawę, że zadzwoniła do (ś.p.) Wiktora. On nie wiedział, nie widział nigdy wcześniej Doroty, wiedział o Niej, ale pojęcia nie miał, jak dziewcfzyna wygląda.
A ja przez długie miesiące nie mogłam darować sobie tego, co się stało. Mówiłam, że może gdybym jej nie spotkała... Ale to chyba nie tak. Zabawne, ale czuję, że i Ona i Wiktor są tu nadal przy mnie. I mam nie płakać. Staram się.
